Wieczny Grunwald. Szczepan Twardoch. Wydawnictwo Literackie 2013

Wieczny Grunwald - Szczepan Twardoch

Jeśm krolowic.

— Jeśm krolowic — szepnąłem, kiedy marłem naprawdę, kiedy marłem po raz pierwszy, po moim krótkiem, prawdziwem, istnem światowaniu, kiedy był jeśm naprawdę. Jestem synem króla.

Nikt mnie nie usłyszał, nie mogli mnie usłyszeć, bo szept mój uwiązł pod stalowym rondem kapalinu, bo ledwieśm wargi rozwarł do tego szeptu, bo nikt nie próbował go usłyszeć, tak jak nikt nigdy nie nachylił ku mnie ucha, tylko tak dawno temu, miriady lat temu, kiedy żyłem naprawdę, moja święta maćka słuchała moich słów, tylko ją obchodziło, co jej mały słodki Paszko jej powie. Jej krolowic. Jej bastert.

Czarny destrier zatańczył na mojej piersi, kopyta pogruchotały mi żebra. Nie dojrzałem, kto siedział w siodle. Może nikt. Kiedy upadałem, kapalin zsunął mi się na twarz i widziałem tylko kopyta i pęciny.

— Jeśm krolowic, króla Kazimira syn — szepnąłem resztką tchu.

Nikt mnie nie usłyszał, bo wokół trwała bitwa. Wokół mnie trwał Grunwald.

Pierwszy Grunwald, istny Grunwald (…).

Kiedy zaś umierałem na polach pierwszego Grunwaldu, nie czułem już nienawiści do mojej matki. I potem, jeśli w ogóle można podzielić życie na jakieś potem i przedtem, ta nienawiść wygasła. Była we mnie, ale nie płonęła, jak popioły dawno wystygłego ogniska.

A kiedyś kochałem tylko ją. Kochałem miłością szczególną, bo nienawidziłem całej reszty stworzenia (…).

Moja maćka nie uważała mojego oćca za człowieka. W istocie, nie był dla niej człowiekiem, był królem, był brodatą figurą Jezukrysta i Boga Gospodna, w co trudno wam oczywiście uwierzyć, mając na uwadze ich relację — czternastoletniej mieszczki i starego władcy. Ale tak właśnie było: król był jak Kryst.

Król ujrzał ją, kiedy przyniosła na zamek coś, czym handlował jej ojciec kupiec — a ja nigdy nie dowiedziałem się, cóż takiego to mogło być. Czy droga tkanka na jakieś szaty, dzban z winem, miód? Nie wiem, czym zajmował się mój dziad. Mogłem się dowiedzieć bez trudu, nawet jeszcze światując, nie mówiąc już o moim przezwiecznym umieraniu, ale ten brak zainteresowania był najdoskonalszą formą pogardy, na jaką umiałem się zdobyć.

Król ujrzał więc moją matkę z okna, jak szła ze swoim zawiniątkiem, które nie wiem, co zawierało, to znaczy wiem teraz, ale przez całe swoje istne światowanie nie wiedziałem, a wolę myśleć tak, jakby to, czego dowiedziałem się później, nie istniało.

Król, pan przyrodzony, który nie umiał czytać ani pisać, lecz władał wielkim krajem od Rajgrodu po Szaflary, od Drahimia po Mohylów, i ten król właśnie skinął na swojego sługę i powiedział mu, aby przyprowadził mu żenę, która idzie po wawelskim dziedzińcu.

Moja maćka również nie umiała czytać ani pisać, lecz nie władała niczym — nawet samą sobą nie władała, bo władał nią jej ojciec, a mój dziad, kupiec, który do Krakowa przybył z Noremberku przed narodzeniem mojej matki. Dlatego maćka mówiła i po polsku, i po niemiecku. A na zamkowym dziedzińcu podszedł do niej królewski sługa i powiedział jej był:

— Poć se mną, junocha!

I ona owa poszła jest, ciem kaźń kaliżdą jiściła jest krom mieszkania.

Czy wiedziała, co oznacza ten rozkaz, który spełniła tak naturalnie i ochoczo? Po prostu szła, nie myśląc, dlaczego idzie ani dokąd zmierza, za królewskim sługą, któremu na imię było Pełka i który był łajdakiem.

A sługa zaprowadził ją prosto do królewskiej komnaty, a maćka moja nie od razu zrozumiała, kim jest ten brodaty mężczyzna w szkarłatnej sukni, bo miała wtedy tylko czternaście lat.

Królowi podobała się jasnowłosa dziewczyna: podobały się mu jej małe piersi, ledwie rysujące się pod sukniami, kosmyki wymykające się spod chustki i długopalce, drobne dłonie, z których wyjął pakunek i cisnął na ziemię, po czym chwycił lnianą suknię mojej matki przy dekolcie i rozdarł ją aż do dołu, i obnażył moją matkę, zerwał z niej ubrania i pchnął ją na wysokie łoże, na którego wezgłowiu widniało ukoronowane „K”.

A ona zrozumiała, kim jest ten brodaty mężczyzna, i zrozumiała też, co się zaraz wydarzy. Król rozgarnął houppelande i nakazał mojej maćce rozwiązać troczki, któremi miał przysupłane nogawice do koszuli; co uczyniła, krom mieszkania.

Jej wąskie, długopalce dłonie rozsupłują troczki. Rozsupłują troczki.

Potem król odwrócił ją na brzuch, jakby była lalką, uniósł jej biodra i mruknął coś pod nosem, niezrozumiale.

— Smiłuj sie nade mną Boże, podług wielikiego miłosierdzia twego — wyszeptała maćka moja początek psalmu pięćdziesiątego, który zawsze był psalmem najdroższym jej sercu, wyszeptała głosem stłumionym przez posłanie na królewskim łożu.

I wydarzyło się. Królewskie rząpie rozdarło moją maćkę, a ona szeptała dalej swój psalm:

— I podług mnożstwa lutowania twego zgładź lichotę moję.

Król, nawykły do tego, że modlą się niewiasty, które kala, modlitw nie słuchał; dyszał głośno, aż w końcu jęknął: „Kryste!”, wyprężył się i już było po wszystkim, królewskie siemię zasiane w żyznej glebie mojej matki.

Krwawiła niezbyt obficie.

— Dalej omyj mie od lichoty mojej i od grzecha mego oczyści mie — szeptała matka. — Bo lichotę moję ja poznawam i grzech moj przeciwo mnie jest zawżdy. Tobie samemu zgrzeszyła jeśm i złe przed tobą czyniła jeśm, by sprawion w mołwach twojich, i przemożesz, gdy cię sądzą.

Król wyszedł z komnaty, a maćka moja nie wiedziała, co ma począć.

Poczęła zaś mnie.