Jeszcze mnie widzisz. Chris McGeorge. Insignis 2021. Fragmenty

Jeszcze mnie widzisz - Chris McGeorge

Chris McGeorge

Jeszcze mnie widzisz

Przekład: Anna Krochmal

 

 

1

Telefon na stole zaczął cicho dzwonić. Robin podniósł wzrok i spojrzał przepraszająco na stojącego nad nim mężczyznę. Ten chyba nawet tego nie zauważył, bo dalej z pustym wyrazem twarzy wpatrywał się w Robina, czekając, aż zrobi swoje.

Robin zadedykował książkę jakiejś Vivian i szybkimi zamaszystymi ruchami napisał to, co zwykle. Zamknął egzemplarz w twardej oprawie i podsunął mężczyźnie. Ten wziął go, mruknął coś – chyba z aprobatą – i pośpiesznie ruszył w stronę kasy. Robin miał nadzieję, że Vivian bardziej doceni jego bazgroły.

Tłumiąc westchnienie, spojrzał na telefon dokładnie w chwili, gdy ten przestał dzwonić. Na ekranie pojawiła się chmurka z komunikatem, że ma nieodebrane połączenie z nieznanego numeru, a potem wyświetlacz znów pociemniał. Pewnie to tylko jego siostra dzwoniła z telefonu w przychodni.

Robin rozejrzał się. Podpisywanie książek nie szło za dobrze. Siedział dokładnie pośrodku księgarni Waterstones Angel Islington; na okrągłym stole przed nim leżały egzemplarze Bez niej. Kiedy dotarł tu trzydzieści minut temu, sterta była absurdalnie wysoka. Teraz wyglądała bardziej realistycznie, ale nie dzięki sprzedaży. Schował większość książek pod stołem, by stos nie prezentował się tak przytłaczająco. Mimo to ludzie zdawali się rozchodzić na sam jego widok, jak paprochy odrzucane siłą powiewu chodzącego wentylatora.

Dzielna młoda pracownica Waterstones, która przedstawiła mu się wcześniej jako Wren, podeszła do niego sprężystym, pełnym entuzjazmu krokiem. Tryskała energią i była szczerze podekscytowana perspektywą znalezienia nowego czytelnika dobrej książce. Robin chciałby wykrzesać z siebie choć połowę tego zapału. Ostatnio zaczęło mu strzelać w kościach, dotąd szpakowate włosy mocno posiwiały i przyłapywał się na tym, że dostaje zadyszki już na samą myśl o jakimkolwiek ruchu. Na jego twarzy pojawiły się zmarszczki, a jakikolwiek blask młodości w oczach przygasł dawno temu.

Często się zastanawiał, czy Samantha w ogóle by go jeszcze poznała – gdyby jutro weszła do ich mieszkania, pewnie krzyknęłaby na widok starca siedzącego na sofie. Czasem na tę myśl chciało mu się śmiać, czasem płakać.

 – I jak idzie? – spytała Wren, z zadowoleniem spoglądając na stertę książek. Robin zmienił pozycję na krześle, zasłaniając stos pod stołem. Nie zależało mu na własnym wizerunku, po prostu nie chciał sprawić jej przykrości. To przecież nie jej wina, że Bez niej kiepsko się sprzedaje.

 – W porządku – odparł. Nie był w stanie wymyślić żadnego bardziej pozytywnego określenia. Jego telefon znów zaczął dzwonić. Nie odwracając wzroku od Wren, sięgnął po niego i odrzucił połączenie.

 – No tak – powiedziała, zerkając pośpiesznie na telefon i znów na niego. Nie uśmiechała się już tak szeroko. – No cóż, jeśli będzie pan czegoś potrzebował, wie pan, gdzie jestem. Spróbuję skierować do pana trochę ludzi, jeśli będą sprawiać wrażenie, że może ich to zainteresować.

 – Dziękuję – odpowiedział na jej gasnący uśmiech własnym. – Byłoby wspaniale. – Gdy Wren się odwróciła i ruszyła na przód sklepu, zastanawiał się, jak zamierzała zwrócić na niego uwagę jakichś nieszczęsnych klientów. Jego powieść trudno byłoby nazwać porywającą. Robin wiedział o tym, kiedy ją pisał, i był gotów uznać cały ten projekt za ćwiczenie terapeutyczne, zamknąć go w szufladzie i już nigdy z niej nie wyjmować. Wciąż żałował, że tego nie zrobił. Ale Emma, jego siostra bliźniaczka, przekonała go, by dał książkę agentowi i potem jakoś się to potoczyło. „Jest naprawdę dobra, Robin. Po prostu ty sam tego nie widzisz. Chodzi o ten ból. Prawdziwy, autentyczny ból, który w niej zawarłeś. Jest przepyszna” – powiedział Stan Barrows, kiedy pierwszy raz się spotkali w jego agencji. Robin jeszcze nigdy nie słyszał, by ktoś opisywał ból jako przepyszny – jakby ten starszy, elegancki dżentelmen zamierzał przywłaszczyć sobie jego bolesne przeżycia i na oczach Robina pokroić je niczym jakiś stek.

Nie lubił Barrowsa, ale facet załatwił mu dobry kontrakt. Jako niezależny dziennikarz Robin nie odniósł sukcesu. Pojawiła się nowa fala młodych, którzy odbierali wszystkie artykuły starszym gościom, takim jak on. Te dzieciaki nie pamiętały czasów sprzed internetu, potrafiły sklecić artykuł i go sprzedać, zanim Robin zdołałby odpalić edytor tekstu. Potrzebował czegoś. A więc podpisał umowę na tę książkę, usiłując myśleć, że Sam by to pochwalała.

A teraz, półtora roku później, siedział tutaj i wciąż nie wiedział, czy postąpił słusznie. Wziął do ręki jeden z egzemplarzy i spojrzał na niego. Bladoniebieska okładka zawierała cztery zdjęcia Sam – w stylu polaroida – rozmieszczone niemal tak, jakby ktoś przypadkowo je rozrzucił. Zdjęcia zachodziły na siebie, a pomiędzy nimi wytłoczono czarnymi literami tytuł i nazwisko autora. Fotografia na samej górze przedstawiała sześciomiesięczną Samanthę; siedziała na macie do zabawy z Parowozem Tomkiem w rączkach. Na drugim zdjęciu miała na sobie szkolny mundurek. To był jej pierwszy dzień w szkole średniej i wyglądała na wystraszoną. Trzecią fotografię zrobiono, gdy ukończyła studia na Uniwersytecie Edynburskim i jako jedna z najlepszych na roku otrzymała tytuł magistra psychologii. Ostatnie zdjęcie było z ich ślubu: Robin i Samantha Ferringham, dopóki śmierć ich nie rozłączy. Nie lubił patrzeć na tę książkę, ale nie zmieniłoby się to, gdyby na okładce znajdowało się coś innego. Zdjęcia wybrał wydawca, a Robin chętnie przekazał ten obowiązek komuś innemu. Wysłał im wszystkie, jakie miał, a oni oczywiście wybrali te, które najbardziej chwytały za serce – te, które się sprzedadzą.

Powiedzieć, że Robin żałował wydania tej książki, byłoby przesadą – mimo wszystko odczuwał pewną dumę z tego, że ją napisał. Nie chciał jednak nawet na nią patrzeć. Ta książka na zawsze pozostanie fizycznym wyrazem bólu, jego bólu, bólu związanego z…

Znajomy dźwięk. Brzęczenie. To znów jego telefon. Spojrzał na wyświetlacz i ponownie zobaczył komunikat: NIEZNANY NUMER. Który to już raz? Trzeci? Siostra nie dzwoniłaby bez powodu – wiedziała, że był zajęty. Jeśli to nie Emma, ktoś naprawdę bardzo chciał się z nim skontaktować. Odczekał, aż telefon podzwoni jeszcze przez chwilę, rozejrzał się i stwierdziwszy, że w księgarni wciąż niewiele się dzieje, odebrał.

 – Halo? – zaczął z komórką przy uchu.

Spodziewał się usłyszeć Emmę, ale zamiast tego rozległ się ostry, trzeszczący kobiecy głos, który brzmiał jak z automatu. „Opłacona z góry rozmowa telefoniczna od…” – w tym momencie wciął się głos jakiegoś młodego mężczyzny, „Matthew”, po czym automat kontynuował – „…osadzonego w zakładzie karnym New Hall. Jeśli korzystają państwo z komórki, odebranie tego połączenia może się wiązać z dodatkowymi opłatami. Odbierając połączenie, wyrażają państwo zgodę, by rozmowa mogła być monitorowana i nagrywana. Jeśli zgadzają się państwo na te warunki, proszę wybrać »1«”.

Robin nie potrafił zebrać myśli. Ktoś – jakiś Matthew – dzwonił do niego z więzienia? Nie znał nikogo, kto siedziałby w więzieniu. Nigdy nie znał nikogo takiego, kto by tam trafił, cholera, nie znał nawet nikogo, kto by tam pracował.

W pierwszej chwili pomyślał, że to pomyłka, ale potem przypomniał sobie, że ta osoba dzwoniła do niego trzykrotnie, raz za razem, i wnioskując z tego, co mówił automat, opłaciła rozmowę. Kimkolwiek był ten Matthew, naprawdę mu zależało, żeby z nim porozmawiać. Z drugiej strony może biedny Matthew miał niewłaściwy numer?

Automatyczny kobiecy głos zaczął jeszcze raz: „Opłacona z góry rozmowa telefoniczna…”, ale Robin przerwał to, wybierając „1”. Czekał.

Jakiekolwiek wątpliwości, czy to pomyłka, rozwiały się, gdy cichy głos po drugiej stronie spytał:

 – Pan Ferringham? Pan Robin Ferringham?

Robin rozejrzał się, nagle wstrząśnięty, jakby ten dziwny rozmówca mógł się znajdować w zasięgu jego wzroku. W księgarni nadal było jednak pusto i oczywiście nikt go nie obserwował.

Działo się coś nienormalnego. Robin bardzo starannie chronił numer swojego telefonu komórkowego. To była jedna z najcenniejszych sugestii, jakie kiedykolwiek podsunął mu Stan Barrows, gdy Robin oddał rękopis Bez niej z zamieszczoną na końcu prośbą o informacje, w której podawał swój numer telefonu.

 – Nie – powiedział Barrows i nie rozwinął tematu, dopóki Robin go o to nie poprosił. – Ludzie, chorzy ludzie, będą sobie z tobą pogrywać. Będą mieli z tego ubaw. Będą do ciebie wydzwaniać i próbować cię zdenerwować. I nie przestaną, dopóki im się nie uda. – Robin z początku próbował protestować, a wtedy Barrows powiedział mu coś, co miał zapamiętać na zawsze. – Nie bądź jednym z takich ludzi. Nie myśl sobie, Robin, że wszyscy mają taki moralny kompas jak ty.  – Od tego czasu nigdzie nie podawał osobistego numeru. Ani na profilach w mediach społecznościowych, ani na umowach, ani nawet kiedy zamawiał jedzenie na wynos.

 – Dzwoniłem do pana – rozległ się głos, niemal jakby chciał przypomnieć Robinowi o swojej obecności.

 – Kto ci podał ten numer? – spytał tak ostrym tonem, że jedna z nielicznych klientek księgarni, starsza pani drobiazgowo przeglądająca literę „M” w dziale kryminałów, zerknęła w jego stronę. Na ułamek sekundy podchwycił jej spojrzenie, a potem odwrócił wzrok. – Kto?

 – Dzwoniłem do pana. – Młody człowiek szukał odpowiednich słów. – Nie sądziłem, że pan odbierze.

Może nie powinienem tego robić, pomyślał Robin, ale na głos powiedział:

 – Powiedz mi, kto ci dał ten numer, albo się rozłączam.

Poczuł coś w brzuchu, gorącą falę wściekłości, jakiej nie czuł od dawna, i nie był do końca pewny dlaczego. W tym momencie jego rozmówca odparł:

 – Ona. Mówiła, że ma na imię Samantha.

Ścisnął komórkę tak mocno, że brzegi wbiły mu się w dłoń, a palce pobielały. Sam. Sam dała jego numer jakiemuś facetowi z więzienia? Kiedy? Dlaczego? Moment, NIE – to jakiś troll. Ten Matthew sobie z nim pogrywał. Może nawet nie dzwonił z więzienia, może ten automatyczny głos był częścią jakiegoś głupiego kawału i miał sprawić, że Robin straci czujność.

Wciąż trzymając komórkę przy uchu, przesunął palec w stronę czerwonego przycisku. Tam jego palec zawisł. Coś go powstrzymywało. Ten numer, jak Matthew go zdobył? A potem przypomniał sobie, co mu mówił jego policyjny kontakt – żeby wszystko zapisywał, nawet najdrobniejsze szczegóły, bo być może dzięki temu uda się namierzyć odpowiedzialnego za nękanie kretyna i narobić mu problemów. Jednak nie rozmawiał z tym policjantem od półtora roku, a ten przestał nawet odpisywać na jego e-maile.

Wolną ręką Robin sprawdził kieszenie. Znalazł pióro używane do podpisywania książek, ale nie miał żadnej kartki. Rozejrzał się i jego wzrok padł na książkę, której dopiero co się przyglądał. Bez zastanowienia otworzył ją, przerzucił pierwsze strony i znalazł tę, na której zwykle się podpisywał. Przyłożył pióro do kartki, zapisał „HMP New Hall” oraz „Matthew” i dodał znak zapytania.

 – Kto mówi? – spytał, próbując zapanować nad emocjami.

 – To ja nie…? Jestem Matthew. – Młody mężczyzna był bliski płaczu. Nie brzmiał jak ktoś, kto się dobrze bawi. Z drugiej jednak strony Robin nie miał pojęcia, co może mieć w głowie ktoś chory na tyle, żeby robić coś takiego.

 – Pełne nazwisko.

Matthew załkał. Brzmiał jak zranione zwierzę. Robin złagodniał. Co się działo?

Spróbował zadać inne pytanie.

 – Jak to możliwe, że dzwoniłeś do mnie trzy razy?

To zadziałało.

 – Co?

 – Jeśli jesteś w więzieniu, jak to możliwe, że dzwoniłeś do mnie trzy razy? Można odbyć tylko jedną rozmowę.

Matthew głośno pociągnął nosem.

 – Ja… mój adwokat to załatwił. To nie tak, że dopiero co mnie aresztowali… wtedy tak to działa… Ale teraz to nie ma znaczenia.

 – Ma – odparł Robin.

 – Nie, liczy się tylko to, że tego nie zrobiłem, panie Ferringham. Musi mi pan uwierzyć. Nie zabiłem ich.

 – Co? – wyrwało się Robinowi, zanim zdążył ugryźć się w język. – O czym ty mówisz?

 – Myślą, że to zrobiłem. Ale nie mógłbym. To moi przyjaciele.

 – Ja… – urwał Robin. Coś było w głosie tego młodego mężczyzny. Coś bardzo… znajomego.

 – Wpłynęliśmy. Całą szóstką. I tylko ja wypłynąłem – mówił Matthew, szlochając. – Tylko ja wypłynąłem.

Co to było?

 – Skąd znasz Samanthę?

 – Musi mi pan pomóc, panie Ferringham. Proszę. Po prostu… Musi mi pan powiedzieć, że mi pan pomoże. – Teraz Matthew rozkleił się już na dobre.

Robina przeszył dreszcz. Nie czuł już złości, był wytrącony z równowagi. Miał wrażenie, jakby rozmawiał ze zjawą, jakby ta rozmowa była nierzeczywista.

 – Posłuchaj… Przykro mi, ale cię nie znam i ktokolwiek podał ci ten numer, nie był tym, za kogo się podawał, więc teraz się rozłączę – przerwał, a potem dodał: – Naprawdę mi przykro. – I zaskoczony stwierdził, że faktycznie tak było.

Odsunął telefon od ucha i już miał przerwać połączenie, gdy Matthew krzyknął tak głośno, że zabrzmiało to, jakby aparat był przełączony na głośnik.

 – Clatteridges! Eee… wpół do ósmej wieczorem! 18 sierpnia… 1996!

Robin zamarł. Teraz po ciele przetoczyła mu się już lawina dreszczy. Spojrzał na telefon w ręce, a potem na otwartą książkę na stole. Coś kapnęło na papier i dopiero po chwili dotarło do niego, że to łza.

Odsunął od siebie ból. Wtedy powróciła złość. Znów przyłożył komórkę do ucha.

 – Gdzie, u diabła, to usłyszałeś? – Nie było tego nawet w książce, celowo to pominął. Chciał zachować coś dla siebie.

 – Tak mi powiedziała. Mówiła, że pan mi nie uwierzy. Kazała mi to dokładnie powtórzyć, słowo w słowo. Clatteridges. 18 sierpnia 1996 roku. Wpół do ósmej wieczorem.

Robin nie był w stanie myśleć. Spakował swoje nadzieje i schował je w najgłębszych zakamarkach umysłu. Nadzieja była najgorszym, co mogli posiadać ludzie w jego sytuacji – ludzie, którzy stracili bliską osobę. A teraz ten Matthew przetrząsał jego umysł i próbował ją odszukać.

Robin zamknął oczy, powoli wciągnął powietrze i je wypuścił, usiłując spojrzeć na sytuację z szerszej perspektywy. To wszystko można było jakoś wyjaśnić – zbiegiem okoliczności albo czymś podobnym. I tyle. Bo to nie mogło…

 – Zadzwoniła do mnie – oznajmił Matthew spokojniejszym głosem, jakby stwierdzał fakty. – W środku nocy. Kilka lat temu. Nie wiedziałem, kim ona jest ani dlaczego do mnie dzwoni. Z początku nawet jej nie rozumiałem. Pomyślałem, że pewnie jest pijana albo naćpana. Wydawała się zdenerwowana, miała mętlik w głowie. Ale w miarę jak mówiła, wszystko zaczęło nabierać sensu. Przedstawiła się. Potem podała pana nazwisko. Powiedziała: „Robin Ferringham jest najwspanialszym człowiekiem, jakiego kiedykolwiek znałam”. Jedynym, któremu można zaufać. I powiedziała, że Robin Ferringham nigdy by nikogo nie zawiódł.

To się nie dzieje naprawdę. To jakaś sztuczka. Jakiś głupi trik.

 – Na długo zapomniałem o tej rozmowie, chyba nawet udało mi się przekonać samego siebie, że to mi się przyśniło. Potem wsadzili mnie tutaj, a w takim miejscu jedynym, co człowiekowi pozostaje, to mnóstwo czasu na myślenie. I przypomniałem sobie. Przypomniałem sobie o niej. I o panu.

Telefon w środku nocy. Wiele lat temu. Clatteridges. Czy to możliwe? Naprawdę?

 – Nie wierzę ci – syknął Robin, choć właściwie to zdanie powinno brzmieć „Nie wolno mi ci uwierzyć”.

 – Nie może jej pan zapytać? – dociekał Matthew.

Robin na chwilę wstrzymał oddech.

 – Samantha zaginęła trzy lata temu.

Milczenie po drugiej stronie. A potem ciche:

 – Co? Nie. Nie. To nie… Proszę, panie Ferringham, musi pan… – Połączenie zaczęło się rwać.

Robin zerknął na telefon. Miał jedną kreskę zasięgu. Zaklął pod nosem i usłyszał ciche cmoknięcie. Podniósł wzrok, nagle przypominając sobie, gdzie jest. Ta sama starsza pani, która wcześniej przeglądała półkę z kryminałami, stała teraz nad nim i ściskała w rękach egzemplarz Bez niej. Książka była podniszczona, wyglądała na używaną. Najwyraźniej należała do niej. Kobieta otworzyła usta, ale Robin przysunął komórkę z powrotem do ucha.

 – Matthew – powiedział. Musiało być coś jeszcze. Musiał mieć pewność. – Matthew.

 – Jeśli pan nie… – Głos w słuchawce się urywał.

Robin wstał.

 – Zebrałam się wreszcie na odwagę, żeby podejść i z panem porozmawiać – zaczęła starsza pani.

Robin nie potrafił się na niej skupić.

Kobieta wciąż coś mówiła, ale Robin przeprosił ją szeptem i przecisnął się obok niej.

 – Matthew, jesteś tam?

 – Proszę – rzekła starsza pani za jego plecami. – Pańska książka zmieniła moje życie. Dzięki niej znalazłam spokój, kiedy moja córka… Proszę, może ją pan podpisać?

 – Niech pan wyszuka… Standedge – powiedział Matthew, po czym połączenie się zerwało.

 – Matthew – odparł Robin, ale wiedział, że to nie ma sensu. Spojrzał na komórkę i stwierdził, że rozmowa została zakończona. Rozejrzał się zagubiony.

 – Nic panu nie jest? – spytała starsza pani.

Robin schował telefon do kieszeni i pociągnął nosem.

 – Przepraszam. To było nieuprzejme z mojej strony. Oczywiście, że podpiszę pani książkę. – Sam by to pochwaliła. A potem przez niemal pół godziny rozmawiał z tą kobietą o jej zaginionej córce i o tym, jak sobie z tym radzić, a gdy już poszła, napisał na swoim egzemplarzu słowo „Standedge” i dwa razy je podkreślił.

 

2

Mimo lekkiego zamglenia Robin odnalazł drogę do restauracji sushi. Emma już na niego czekała. Kiedy usiadł i położył na stole reklamówkę, uniosła brwi.

 – Myślałam, że dałeś sobie spokój z czytaniem.

Robin wyciągnął egzemplarz Bez niej, w którym wcześniej zapisał notatki. Wren powiedziała, że może go wziąć za darmo, ale kupił go, bo nie chciał, żeby miała przez niego kłopoty.

 – Jeszcze ci ich mało? – roześmiała się Emma. Miała rację, przedpokój jego mieszkania był zawalony egzemplarzami roboczymi, wydaniami w twardej oprawie i przekładami, na które gdzie indziej nie miał już miejsca.

 – Zapisałem w niej coś.

 – Chyba o to chodziło? – Emma uśmiechnęła się. – Jak poszło?

 – W porządku – odparł, próbując nie rozmyślać nad tym, co powiedział mu Matthew, choć tak naprawdę nie był w stanie myśleć o niczym innym. – No wiesz, jak zwykle. Tłumów nie było. Ale poznałem miłych ludzi. Zamawiałaś już?

Zjedli, niewiele rozmawiając. Emma wspomniała, jak minął jej dzień w pracy – na dziś skończyła, bo w soboty przyjmowali tylko rano; nigdy nie wdawała się zbytnio w szczegóły, jeśli chodzi o pacjentów. Najczęściej narzekała na wzrost liczby hipochondryków, którym absolutnie nic nie dolegało. Skok popularności internetowych porad lekarskich był dla niej prawdziwą zmorą.

Robin milczał, słuchał jej tylko jednym uchem i bez apetytu grzebał w jedzeniu. Udało mu się zjeść trochę łososia, ale nie mógł przełknąć niczego więcej. A potem… Czy Emma coś do niego mówiła?

 – Co z tobą? – spytała, uważnie mu się przyglądając, jak lekarz pierwszego kontaktu i siostra w jednym.

 – Nic – odparł. Wiedział, że to nic nie da, ale próbował.

 – Mhm.

Rozejrzał się i znów popatrzył na siostrę.

 – Słyszałaś kiedyś o Standedge?

Zastanawiała się przez chwilę.

 – Nie, a co to takiego? Jakiś zespół?

 – Nie wiem – odparł.

Wpatrywała się w niego. Była tylko o cztery minuty starsza, ale gdy dosięgało go jedno z takich spojrzeń, czuł się tak, jakby te cztery minuty miały ogromne znaczenie.

 – Co się stało?

Odwrócił wzrok, nie podejmując wyzwania, i odrzekł:

 – Nic.

 – No dobrze – rzuciła i nagle zmieniła temat. – Chcesz się napić kawy czy poprosimy już o rachunek? – Równocześnie krył się w tym podtekst i odwrócona psychologia. Czasem Robin myślał, że Emma przyprawiłaby o ból głowy nawet jasnowidza.

Poddał się. Otworzył egzemplarz w twardej oprawie, pokazał jej swoje notatki i opowiedział o rozmowie z Matthew. Kończąc na Sam.

Słuchała uważnie, nie zdradzając, co czuje. Gdy skończył, milczała przez chwilę i się zastanawiała. Potem powiedziała:

 – I to dlatego zachowujesz się tak… – Machnęła ręką w jego stronę – …nieważne, jak to nazwiemy.

Robin czuł się nieco zbity z tropu.

 – Nie słyszałaś. Powiedział „Sam”. Twierdził, że z nią rozmawiał.

Westchnęła i spojrzała na niego smutno.

 – To był tylko głupi kawał, Robin. Twoje pierwsze wrażenie było słuszne. Wkręcał cię. W jakiś sposób, któż to może wiedzieć, w jaki, zdobył twój numer i pomyślał, że się zabawi twoim kosztem. I wygląda na to, że mu się to udało.

 – Nie słyszałaś, jak o tym mówił. O Standedge. I o swoich przyjaciołach. Brzmiał… brzmiał, jak gdyby coś stracił. Albo raczej kogoś. – Robin zaciął się, jakby nie chciał wypowiedzieć tego, o czym myślał, bo wtedy to mogłoby się stać realne. – Brzmiał jak ja.

 – Robin… – zaczęła Emma.

Przerwał jej.

 – Pamiętasz ten dzień, kiedy przyszłaś do mnie z laptopem i powiedziałaś mi, żebym o tym napisał? Dzień, w którym zacząłem pisać Bez niej.

 – Siedziałeś wtedy przy stole w kuchni i gapiłeś się na butelkę jacka danielsa – odparła.

 – Tak – potwierdził. – Czułem się zagubiony. A ty mi pomogłaś. Pomogłaś mi jakoś przez to przejść. Matthew brzmiał tak jak ja tamtego dnia. Też wydawał się zagubiony.

 – No i? – spytała niemal kpiąco. – Sam doprowadziła go do ciebie.

Robin rozłożył ręce.

 – Nie wiem… Może. Sam już nie wiem.

Zadzwoniła jej komórka. Zerknęła na nią i odrzuciła połączenie.

 – Muszę już iść, ale wrócimy do tego tematu. Nie pozwól, by dawne rany znów się otworzyły, Robin. To był tylko jakiś kretyn, który zabawił się twoim kosztem. Nie graj w jego grę. Skup się na innych kwestiach. Czy w poniedziałek nie masz przypadkiem spotkania z wydawcą?

Robin nie miał ochoty nawet o tym myśleć. Wydawca chciał z nim porozmawiać o „drugiej części”, Barrows też. Pieniądze z Bez niej się kończyły. Chcieli przejść do kolejnego projektu – bo mogli sobie pozwolić na taki luksus.

Emma wstała.

 – Nic ci nie będzie?

 – Jasne, że nie – odparł Robin, a gdy odwróciła się, żeby odejść, zawołał za nią: – Jeszcze jedno! – Obejrzała się na niego. – Wspominałem ci kiedyś o Clatteridges?

Wzruszyła ramionami.

 – Nie. Nie wspominałeś. – A potem sobie poszła.

Robin odwrócił się do stolika i spojrzał na swoje notatki. W głowie wciąż słyszał argumenty Emmy – głupi dowcip, kawał, totalna bzdura.

Ale co, jeśli się myliła?

 

 

3

Wrócił do domu parę minut po pierwszej. To, co powiedział Matthew, wciąż tłukło mu się po głowie. Słowa Emmy zeszły na drugi plan, a książka, którą niósł, wydawała się pulsować zanotowanymi tajemnicami.

Rzucił klucze na stół w kuchni. Nie panował tu kompletny bałagan, ale też nie było zupełnie posprzątane. Na ociekaczu piętrzył się stos brudnych naczyń; coś, na co Sam nigdy by nie pozwoliła. Jednak odkąd zniknęła, mocno zaniedbywał porządki w mieszkaniu. Teraz tak naprawdę sprzątał tylko wtedy, gdy spodziewał się gości, a prócz Emmy już nikt go nie odwiedzał. Jego przyjaciele byli też przyjaciółmi Sam i spotykanie się z nimi bez niej wydawało mu się niewłaściwe. Najwyraźniej oni mieli podobne odczucie, bo z większością z nich nie rozmawiał od roku.

Nastawił czajnik i odwrócił się do laptopa stojącego na kuchennym stole. Przyglądał mu się przez kilka sekund, a potem usiadł przed nim, otworzył go i się zalogował. Z tyłu głowy słyszał głos Emmy mówiący, żeby tego nie robił, ale wszedł w Google i wpisał słowo, które nie dawało mu spokoju od kilku godzin: Standedge. Kliknął „Szukaj” i to, co znalazł, całkowicie go pochłonęło.

Standedge było nazwą podziemnego kanału w Marsden, niedaleko Huddersfield.

Huddersfield.

To nie mógł być przypadek.

Ostatni raz widział Sam właśnie w tej kuchni. Siedział na tym samym krześle i ślęczał nad laptopem, tak jak teraz. Był 28 sierpnia 2016 roku, kwadrans po ósmej, a on przez całą noc nie spał i usiłował sprawić, by jego artykuł stał się choć odrobinę ciekawszy. Sam weszła do kuchni z walizką, a on nawet nie podniósł wzroku.

Teraz to zrobił. W kuchni było pusto, ale niemal widział jej postać stojącą w drzwiach. Wybierała się na dworzec. Zarabiała, wykładając w różnych miejscach w kraju, i ciągle dokądś jeździła. Robinowi nie podobała się jej częsta nieobecność, ale był dumny z Sam. Była dobra w tym, co robiła. Uniwersytety ciągle się o nią biły.

Tamtego dnia… wybierała się na uniwersytet w Huddersfield. Pocałowała go – za mało się tym delektował – a potem jeszcze raz wyjaśniła, jak ma się zajmować jej kaktusami. Poprzednie w jakiś sposób udało mu się uśmiercić.

Odwrócił wzrok od drzwi, w których nikogo nie było, i spojrzał na kuchenny parapet. Stały na nim jej kaktusy. Te same, co tamtego dnia. Żywe i w świetnej formie. Czekające na jej powrót.

Huddersfield.

Co to oznaczało? Czy w ogóle coś oznaczało? Tego nie wiedział. Wiedział za to, że Huddersfield stanowi kolejny element układanki. Niemożliwe, by numer, nazwa i Huddersfield były zbiegiem okoliczności.

Wrócił do poszukiwań.

Najpierw kliknął stronę Centrum Turystycznego Standedge. Standedge był najdłuższym podziemnym kanałem w Anglii i najwyraźniej dość popularną atrakcją turystyczną. Latem można było odbyć nim wycieczkę z przewodnikiem. Czy właśnie to miał na myśli Matthew, mówiąc, że „wpłynęli”?

Wszedł na drugą stronę internetową ze szczegółową historią podziemnego kanału, którą pobieżnie przejrzał. Najwyraźniej kanał miał bogatą przeszłość. Jego budowa trwała szesnaście lat – od 1795 do 1811 roku, kosztowała około szesnastu tysięcy funtów i był najgłębszym i najdłuższym tunelem w Wielkiej Brytanii, łączącym wioskę Marsden z miejscowością o nazwie Diggle. Przy innej okazji pewnie z przyjemnością wczytałby się w szczegóły, ale nie tego szukał.

Przewinął resztę wyników wyszukiwarki, ale nie znalazł nic naprawdę istotnego.

Wyszukał więc „Matthew Standedge”. Wyskoczyły mniej więcej te same strony.

Wpisał „Matthew Standedge zaginięcia” i w trzecim wyniku wreszcie znalazł to, czego szukał.

Był to artykuł z regionalnej gazety z Huddersfield. W miarę czytania coraz bardziej pochylał się nad ekranem.

To było to. Otworzył egzemplarz Bez niej, wyrwał zapisaną stronę i pstryknął długopisem.

Zagadka piątki ze Standedge

Jane Hargreaves

Policja jest skonsternowana zaginięciem pięciorga młodych ludzi w najdłuższym podziemnym kanale w Wielkiej Brytanii. 26 czerwca 2018 roku o godzinie 14:31 sześcioro studentów miejscowego uniwersytetu oraz pies rasy bedlington terier na tradycyjnej barce wpłynęli do podziemnego kanału Standedge od strony Marsden. Gdy dwie godziny i dwanaście minut później łódź pojawiła się po drugiej stronie (w Diggle), na jej pokładzie znajdował się tylko jeden nieprzytomny mężczyzna oraz pies. Pięcioro studentów – Tim Claypath (21), Rachel Claypath (21), Edmund Sunderland (20), Prudence Pack (21) i Robert Frost (20) – zniknęło w tunelu bez śladu. Ten, który ocalał, Matthew McConnell (21), twierdzi, że nie ma pojęcia, co się stało z kolegami.

Zaginięcie bliźniąt Claypath ma osobisty wymiar dla komendanta miejscowej policji, ich ojca, nadinspektora Rogera Claypatha, który wydał dziś następujące oświadczenie: „Moja żona i ja jesteśmy zdruzgotani zaginięciem naszych dzieci i aktywnie działamy, by odpowiedzialne za to osoby zostały postawione przed sądem. Podążamy wieloma tropami, ale wygląda na to, że Matthew McConnell, którego uważaliśmy za przyjaciela naszych dzieci, posiadał środki i wiedzę, by dopuścić się straszliwego aktu podstępnego morderstwa. Jak powszechnie wiadomo, McConnell był zatrudniony przez Zarząd Powierniczy Kanałów i Rzek w charakterze przewodnika prowadzącego wycieczki w tunelu i to dlatego dopuszczono do wyprawy studentów bez nadzoru. Ze względu na swoje stanowisko znał różne sposoby wydostania się z kanału Standedge na powierzchnię. Przebieg wydarzeń w dużej mierze wciąż pozostaje zagadką i nadal próbujemy ustalić ich chronologię. Prosimy przedstawicieli prasy o okazanie szacunku rodzinom zmagającym się z tą potworną stratą, w tym również mojej własnej”.

McConnell przebywa obecnie w Anderson Hospital i dochodzi do siebie po urazie głowy (który, według policji, zadał sobie sam). Gdy jego stan ulegnie poprawie, zostanie przeniesiony do aresztu, podczas gdy zespół śledczy będzie finalizował zbieranie dowodów przeciwko niemu.

Ciał pięciorga zaginionych młodych ludzi nie znaleziono. Według naszego źródła „zwłok nie ma w tunelu. Policja wysłała nurków, żeby przeszukali kanał. Wydają się coraz bardziej sfrustrowani próbami wyjaśnienia, co się stało z piątką studentów. Ludzie nadinspektora Claypatha pracują przez dwadzieścia cztery godziny na dobę, usiłując doprowadzić do rozwiązania tej zagadki, bez względu na to, jak tragiczne może się ono okazać”.

Huddersfield Press skontaktowała się z Zarządem Powierniczym Kanałów i Rzek, by zapytać o zaistniałą sytuację. Odmówili komentarza i ograniczyli się do przekazania wyrazów współczucia rodzinom dotkniętym tą tragedią.

Robin przerwał czytanie i spojrzał na swoje zapiski. Nieświadomie robił notatki. Zapisał nazwiska: Tim Claypath, Rachel Claypath, Edmund Sunderland, Robert Frost i Prudence Pack. I zakreślił McConnella. Matthew McConnella. Wszystko, co przeczytał, zgadzało się z tym, co powiedział Matthew. Pięcioro dzieciaków, studentów, zaginęło w tunelu, wszyscy z wyjątkiem Matthew.

Ale wydarzyło się to ponoć 26 czerwca bieżącego roku. Niecałe dwa miesiące temu. Do diabła, jak to możliwe, że o tym nie słyszał? Coś takiego powinno trafić do ogólnokrajowych wiadomości, powinna o tym pisać każda gazeta w kraju. Tymczasem nic o tym nie słyszał – nie wiedział nawet, co to jest Standedge.

Po opuszczeniu strony gazety stwierdził, że wszystkie inne wyniki wyszukiwania nie miały związku ze sprawą. Tylko jeden wynik o tym grupowym zaginięciu – to nie miało sensu.

Wyszukał „Matthew McConnell Claypath Tunel Standedge 26 czerwca 2018”. Pojawiła się tylko jedna strona wyników. Oprócz artykułu z gazety było tu kilka innych, wszystkie z jednej witryny internetowej. Kliknął pierwszy link i przeniosło go na stronę, która wyglądała, jakby stworzono ją w czasach początków internetu. U góry widniała winieta, napis wielką czerwoną czcionką: CZERWONE DRZWI. Robin natychmiast nabrał podejrzeń (miał wrażenie, że ta strona kryje milion wirusów), ale zaczął czytać pierwszy artykuł i wyglądało na to, że faktycznie znajdzie tu przydatne informacje.

McConnell nie przyznaje się do popełnienia zbrodni stulecia

Czerwone Drzwi 17/07/18 16:44

Matthew McConnell, jedyny ocalały z incydentu w Standedge, ponownie nie przyznał się do winy, gdy przenoszono go z Anderson Hospital do zakładu karnego HMP New Hall. Czerwone Drzwi (jedyny świadek jego przybycia do New Hall [red. Co tu jest grane?]) słyszały, jak McConnell krzyczał, że jest niewinny i że nie pamięta nic z tego, co się działo po wpłynięciu do tunelu 26 czerwca 2018 roku.

Doskonale wiecie, że lubię dobre zagadki, ale w tym przypadku wszystko przemawia przeciw McConnellowi. Zbyt wiele argumentów przemawia za jego winą. Bo widzicie, Standedge to tak naprawdę kompleks czterech tuneli. Dwa lewe są opuszczone (jednym z nich przemieszczają się jedynie pojazdy obsługi kanału), prawy to działająca dwutorowa linia kolejowa, a „środkowy” to kanał. McConnell pracował jako przewodnik turystyczny, co oznacza, że o tym wiedział i z łatwością był w stanie poruszać się po opuszczonym tunelu. Ponadto dysponował kluczami, przy pomocy których mógł otworzyć masywną bramę blokującą dostęp do tunelu. A poza tym kilku znajomych McConnella (no wiecie, takich, którzy nie wyparowali) twierdziło, że miał na pieńku z ludźmi, z którymi wybrał się w tę ostatnią podróż.

Ale to jakiś obłęd. To niesamowite, jak McConnell wyciął ten numer. Wszystkich zabił, przetransportował zwłoki w jakieś ukryte miejsce, a potem wrócił na barkę, posprzątał i zdążył jeszcze walnąć się w głowę i upaść nieprzytomny na pokład, zanim łódź pojawiła się po drugiej stronie. To jest mocno porąbane!

Chyba że… McConnell jest niewinny. Może Tim Claypath, Rachel Claypath, Pru Pack, Edmund Sunderland i Robert Frost po prostu zniknęli. I ta nieznana siła, która sprawiła, że zaginęli bez śladu, pozbawiła też przytomności McConnella. Warto się nad tym zastanowić.

Może powinienem pociągnąć dalej to śledztwo?! Rany, uwielbiam tę robotę!

A co wy o tym myślicie? Zostawcie poniżej komentarz i koniecznie śledźcie dalsze wpisy Czerwonych Drzwi, by być na bieżąco ze wszystkimi dziwacznymi wiadomościami, jakie zdolni jesteście przetrawić. Pokój z wami!

Styl artykułu był o wiele mniej zgrabny niż poprzedniego z gazety, ale informacje się zgadzały. Ponadto wspomniano, że Matthew został przeniesiony do New Hall. Czyli do miejsca, z którego dzwonił – to nie pozostawiało żadnych wątpliwości.

Jedyną rzeczą, której Robin nie znalazł (i z pewnością nie znajdzie) w tych artykułach, było powiązanie Matthew z Sam. Jeśli chłopak mówił prawdę o Sam, zadzwoniła do niego ni stąd, ni zowąd. Nie znał jej. Wspomniał, że była „zdenerwowana”. Dlaczego nie zadzwoniła do Robina? Jeśli miała kłopoty, czemu nie zadzwoniła do niego?

Resztę dnia i wieczór Robin spędził na poszukiwaniach w internecie. Kiedy zadzwoniła Emma, nie odebrał. Zaczął drukować ważne znalezione artykuły i założył na nie specjalną teczkę. Incydent ze Standedge wydawał się czymś w rodzaju anomalii – było to niezwykłe przestępstwo, o którym nie wspominano w ogólnokrajowych wiadomościach. Większość informacji znalazł na stronie Czerwonych Drzwi, a ta – im dłużej ją przeglądał, tym dziwaczniejsza mu się wydawała. Dlaczego nie pisały o tym żadne media głównego nurtu? Kiedy już znajdował jakiś bardziej oficjalny artykuł – z gazet czy stron internetowych – informacje zawsze były fragmentaryczne i niejasne.

W jednym z wpisów Czerwonych Drzwi znalazł grupowe zdjęcie zaginionych studentów. Stali przy podziemnym kanale Standedge – Robin znał go ze strony Centrum Turystycznego. Na pierwszym planie stał Tim Claypath; zdawał się dominować na zdjęciu, jakby przyciągał pozostałych jakąś nieznaną siłą. Był młody, atrakcyjny i pełen życia. Jego oczy błyszczały nawet na ekranie. Obok niego stała jego siostra Rachel. Robin był tego pewien, nawet nie czytając podpisu poniżej. Miała takie same oczy jak brat, ten sam ogień, tę samą urodę. Koło bliźniąt Claypath znajdowało się jeszcze troje młodych ludzi. Edmund Sunderland, jasnowłosy i wysoki, stał blisko Tima, spoglądając w obiektyw z taką intensywnością, że Robin odniósł wrażenie, jakby specjalnie się lekko uśmiechał. Po stronie Rachel stały dwie osoby, lekko zwrócone ku sobie, jakby aparat uchwycił je w trakcie rozmowy. Byli to Pru Pack i Robert Frost, a ich promienne uśmiechy wyrażały ogromne zadowolenie. Gdyby Robin miał zgadywać, powiedziałby, że Pru i Robert są parą i niespecjalnie starają się to ukryć. Przed nimi wszystkimi, wskakując w kadr – w związku z czym uwieczniony został trochę niewyraźnie – znajdował się szary bedlington terier. Podpis brzmiał: „Amygdala (Amy)”. Zdjęcie datowane było na 26 czerwca 2018 roku. Dzień, w którym odbyła się ta podróż i wszyscy ci ludzie (ale nie pies) zniknęli.

Robin wpatrywał się w twarze Piątki ze Standedge, jego spojrzenie przesuwało się po zdjęciu. I wtedy zauważył, że jest na nim ktoś jeszcze. Gdyby nie wyszczególniono go w podpisie, mógłby go przeoczyć. Za Edmundem Sunderlandem, kilka kroków dalej, był jeszcze jeden młody mężczyzna. Stał nad samym kanałem i spoglądał na niego, a nie w obiektyw. Miał na sobie T-shirt i dżinsy – podczas gdy inni ubrani byli bardziej elegancko, w koszule, spodnie i sukienki – i trzymał ręce w kieszeniach. Nie uśmiechał się, jego twarz absolutnie nic nie wyrażała, jakby o niczym nie myślał. Ewidentnie nie zdawał sobie sprawy, że robiono im zdjęcie. Według podpisu poniżej był to Matthew McConnell.

Robin przyjrzał mu się, przysunął twarz do zdjęcia i obrócił je, jakby dzięki temu mógł lepiej dostrzec, co jest za Edmundem Sunderlandem. Nie dawało mu spokoju coś, co przeczytał w jednym z artykułów, i zerknął na rosnącą stertę wydruków rozrzuconych na stole. Po kilku minutach znalazł to, czego szukał. W artykule Czerwonych Drzwi wspomniano, że Matthew mógł mieć coś przeciwko reszcie grupy. Zdjęcie zdawało się to ilustrować, i co więcej, być może reszta grupy miała coś przeciwko niemu. Ale Matthew nie wspominał chyba o niczym, co by na to wskazywało. Jednak uwzględniając, że przebywał w areszcie pod zarzutem ich zamordowania, Robin domyślił się, że nie byłaby to pierwsza rzecz, o której Matthew chciałby rozmawiać.

Podrapał się po podbródku i poczuł krótki zarost, który zdążył pojawić się od rana. Za oknem zrobiło się ciemno, więc poszedł włączyć światło. Z miejsca, gdzie stał, spojrzał na stół. Panował na nim bałagan i tak naprawdę nic z tego nie wynikało.

Robin wiedział tylko tyle, że to się rzeczywiście dzieje. Matthew powiedział mu prawdę o Standedge. Jego przyjaciele zniknęli. A on nie. No i został jeszcze pies, ale to nie wydawało się zbyt ważne. Przyjaciele Matthew zaginęli, nie było po nich śladu. Wpłynęli do tunelu i nie wypłynęli.

Zdecydowanie była to zagadka – i to dość intrygująca. W jednym z artykułów podano, że taka podróż trwa dwie godziny i dwanaście minut. Dwie godziny i dwanaście minut nieśledzonych, niewidzianych i nieznanych zdarzeń. I jedynym, kto mógł dodać coś nowego w tej kwestii, był Matthew McConnell, chyba że w najbliższej przyszłości zacznie mówić pies.

To oczywiste, że policja podejrzewała Matthew. To oczywiste, że go aresztowali. Bo jeśli uwzględnić wszystkie fakty, którymi dysponował Robin, nie było innej możliwości prócz tej, że Matthew zabił swoich przyjaciół. Dla policji zagadka tkwiła w tym, gdzie są zwłoki – i będą naciskać na Matthew, dopóki im wszystkiego nie powie.

Czy Robin uważał Matthew za winnego czy niewinnego? Nie dysponował dostatecznymi informacjami, na których mógłby się oprzeć. Był jednak zaintrygowany. Nawet pomijając fakt, że miał własne pytania, jakie chciał zadać Matthew. Pytania o Sam.

 – Czy ty mnie dokądś prowadzisz, Sam? – mruknął pod nosem.

Nikt nie odpowiedział. Słyszał jedynie odgłosy ruchu ulicznego i okrzyk przechodnia, który bez wątpienia cieszył się zaletami (i nie odczuł jeszcze dotkliwie wad) spożywania alkoholu w sobotni wieczór.

Robin zgasił światło i postanowił, że pójdzie się położyć.

Po krótkim prysznicu zajął miejsce po prawej stronie podwójnego łóżka. Po trzech latach wciąż trzymał się swojej strony, nawet gdy mocno spał i nie był tego świadomy.

Myślał o Matthew McConnellu, o tym, co chłopak mu powiedział, i co ważniejsze, w jaki sposób. Przy założeniu, że wszystko, co mówił Matthew, było prawdą, Sam oświadczyła chłopakowi, że Robin jest kimś, komu można zaufać.

Czemu powiedziała to komuś zupełnie obcemu? Dlaczego zadzwoniła do Matthew?

Przez pół godziny leżał w łóżku i nie mógł zasnąć. W głowie kołatało mu jedno pytanie: jak to możliwe, że sześć osób wpłynęło do podziemnego kanału i wypłynęła tylko jedna?

Robin myślał przez chwilę o głosie, który słyszał rano przez telefon, o młodym człowieku proszącym go o pomoc, i dotarło do niego, że już od kilku godzin wiedział, co mu odpowie.

Tak.