Jak przeżyć koniec świata. Plan na niepewne czasy. James Wesley Rawles. Kompania Mediowa 2020. Fragment

Jak przeżyć koniec świata. Plan na niepewne czasy - James Wesley Rawles

Cały ten przybytek rodzi jednak ból głowy: złożoność świata, zbyt wąskie specjalizacje i za długie łańcuchy dostaw. Ledwie dwa procent obywateli krajów Pierwszego Świata zajmuje się rolnictwem lub rybołówstwem. Pomyślcie o tym przez chwilę: zaledwie dwa procent z nas żywi pozostałe dziewięćdziesiąt osiem. By trafić na nasze stoły, żywność musi przebyć setki, jeśli nie tysiące kilometrów. Ogrzewanie i elektryczność w naszych domach pochodzą z elektrociepłowni oddalonych o setki kilometrów, nawet woda w kranie u niektórych z nas musiała przebyć takie odległości. Fabryki wypuszczają niezmiernie skomplikowane samochody i elektronikę, których podzespoły produkuje się na trzech różnych kontynentach. Przeciętny Amerykanin wracając z pracy, zastaje w domu lodówkę pełną żywności, prąd w gniazdkach i działający telefon. W kranie i spłuczce buzuje woda, pensja automatycznie spływa na konto bankowe, śmieci są regularnie odbierane, klimatyzacja zapewnia przyjemne plus dwadzieścia stopni, telewizor daje rozrywkę dwadzieścia cztery godziny na dobę, a internet działa bez zarzutu. Zbudowaliśmy Ogromny Mechanizm, który jak dotąd, oprócz kilku drobnych wpadek, działa nad wyraz dobrze. To jednak nie musi trwać wiecznie. Jak przekonał się niegdyś Bonaparte, zbyt rozciągnięte łańcuchy dostaw i środki łączności z natury są awaryjne. Któregoś pięknego dnia Ogromny Mechanizm może ze strasznym hukiem stanąć.

 

Pozwólcie, że nakreślę jeden z możliwych scenariuszy.

 

Wyobraźcie sobie straszliwą pandemię grypy tak śmiertelnej, że zabija co drugiego zarażonego, a przenosi się przez zwykłe kontakty międzyludzkie. Wyobraźcie sobie, że choroba rozprzestrzenia się tak szybko, że w ciągu tygodnia jest już obecna na całym globie (czyż współczesne podróże lotnicze nie są wspaniałe?). Wyobraźcie sobie, jak żądne sensacji media transmitują obrazy ludzi w maskach, gumowych rękawiczkach, goglach i białych kombinezonach ochronnych transportujących na noszach zwłoki w plastikowych workach. Bombardowani bez wytchnienia takimi obrazami w pewnym momencie stwierdzimy, że „Może lepiej nie iść dziś do pracy. Jutro raczej też nie, właściwie najlepiej to zaczekać, aż się sytuacja uspokoi”. Gdy zrobi tak większość społeczeństwa, w Ogromnym Mechanizmie zabraknie nagle niektórych kluczowych trybów.

 

Co się wtedy stanie? Rozdzielnie hipermarketów przestaną realizować zamówienia. Ciężarówki nie dostarczą do sklepów żywności. Na stacjach benzynowych zabraknie paliwa. Część policjantów i strażaków, stawiając bezpieczeństwo własnych rodzin nad publiczne, nie stawi się w pracy. Nie będzie komu naprawić zerwanych przez wichurę linii energetycznych. Na polach i w sadach zgniją plony, bo nie będzie kto miał ich zebrać ani zawieźć do skupu, ani w magiczny sposób upiec z nich chleba i rozłożyć na sklepowych półkach. Ogromny Mechanizm stanie.

 

Brzmi przerażająco? No pewnie, i powinno. Konsekwencje będą ogromne. A zrobi się tylko gorzej: przeciętna rodzina z przedmieścia ma w domu zaledwie tygodniowe zapasy żywności. Załóżmy, że pandemia potrwa kilka tygodni albo miesięcy. Co ci ludzie zrobią, gdy skończy im się żywność, a możliwości zaopatrzenia zabraknie? Gdy półki w supermarketach będą świecić pustkami, w obliczu śmierci głodowej miliony przeciętnych Amerykanów ruszą z domów, by żywność „pozyskiwać”. Za cel obiorą restauracje, sklepy i hurtownie żywności. W miarę pogłębiania się kryzysu, wielu „zbieraczy” szybko przebranżowi się w zawodowych szabrowników, odzierających własnych sąsiadów z resztek zapasów. Następnie ruszą na podmiejskie farmy. Część sformuje mobilne, uzbrojone po zęby bandy, zapuszczając się coraz dalej i dalej, a pojazdy zasilając po kryjomu wyprowadzonym z innych aut paliwem. Ich szczęście też w końcu się wyczerpie i pomrą albo od zarazy, albo od kul. Zanim jednak to się stanie i zemrze ostatni szabrownik, dojdzie do ogromnych zniszczeń. Musicie być na to przygotowani. Od tego zależy życie wasze i waszych bliskich.

 

Życie na zgliszczach

 

A gdy nastanie pandemia – albo zdarzy się atak terrorystyczny, galopująca inflacja czy inny trudny do przewidzenia kryzys – na całym świecie zrobi się naprawdę nieprzyjemnie. Pomyślcie o wszystkich konsekwencjach płynących z zakłóceń w funkcjonowaniu podstawowych technologicznych filarów naszej współczesnej cywilizacji. Swojej rodzinie będziecie musieli zapewnić wodę, żywność, światło i ogrzewanie. Na pomoc służb próżno liczyć – wielce prawdopodobne, że w czasie pandemii będziecie zdani wyłącznie na siebie.

 

Będzie trzeba niezwłocznie zgromadzić konserwy, amunicję i lekarstwa. Co najważniejsze, będziecie musieli być gotowi przeczekać zawieruchę przez trzy albo cztery miesiące, minimalizując kontakt ze światem zewnętrznym. Wymaga to od was rozbudowanej logistyki i przy wyschniętym źródle dochodów mnóstwa gotówki na opłacenie rachunków.

 

Wielki upadek

 

Jesteśmy świadkami globalnego kryzysu ekonomicznego[1]. Sztucznie zaniżone stopy procentowe i niezwykle zawyżone ceny nieruchomości w wielu krajach Pierwszego Świata doprowadziły do pęknięcia ogromnej bańki spekulacyjnej. Bańka pękła w 2007 roku, a pełne tego skutki zaczynamy właśnie odczuwać. Z grożącej nam recesji możemy nie wygrzebać się przez dziesięć kolejnych lat.

 

Załamanie na rynku swapów ryzyka kredytowego[2] wskazuje na znacznie większe zagrożenie. Te egzotyczne instrumenty finansowe są tylko malutkim trybikiem globalnego rynku instrumentów pochodnych o wartości przekraczającej sześćset bilionów dolarów, w którym równie niebezpiecznych mechanizmów jest znacznie więcej. Inwestor weteran Warren Buffet nazwał instrumenty pochodne „tykającą bombą”. Zgadzam się z nim w zupełności.

 

Wraz pojawieniem się ptasiej grypy wszystkie złe wieści z rynków finansowych każą nam poważnie zastanowić się nad podstawowymi aspektami życia we współczesnym zindustrializowanym świecie. Musimy zadać sobie pytania: Jak wiele jest w stanie znieść społeczeństwo, zanim wszystko zacznie się walić? Na ile bezpieczne będą nasze miasta za rok, a na ile za pięć lat? Czy supermarkety dalej będą równie dobrze zaopatrzone, oferując niesamowite bogactwo i różnorodność towarów?

 

Dzięki poradom zawartym w tej książce możecie przygotować się do życia bez zewnętrznej pomocy przez długie miesiące albo lata. Wszystko sprowadza się do samowystarczalności.

 

Dla zwięzłości stosuję bardzo dużo skrótów, które wyjaś­niam przy pierwszym użyciu i których objaśnienia znajdziecie w spisie na końcu książki[3].

 

Książka ta z jednej strony stawia przed czytelnikiem problemy, a z drugiej podaje ich rozwiązania. Czy jesteście w pełni przygotowani na koniec świata? Jeśli nie, to znajdziecie tu wszystko, co pozwoli wam się przygotować.

 

Przeczytajcie tę książkę. Przemyślcie sprawę. I do roboty!

 

 

 

 

[1]    Książka powstawała po kryzysie 2008 roku; obecna sytuacja związana z pandemią sprawia, że nie straciła aktualności (przyp. red.).

 

[2]    Jak podaje Wikipedia, swap ryzyka kredytowego „jest umową, w ramach której jedna ze stron transakcji w zamian za uzgodnione wynagrodzenie zgadza się na spłatę długu należnego drugiej stronie transakcji od innego podmiotu – podstawowego dłużnika” (https://pl.wikipedia.org/wiki/Credit_default_swap). Te instrumenty finansowe były szeroko krytykowane w czasie kryzysu finansowego 2008 roku, jako jedna z przyczyn jego powstania (przyp. red.).

 

[3]    Mania używania rozbudowanych skrótów jest specyfiką bardzo amerykańską, w gwarze preppingu jeszcze bardziej nasiloną. W niniejszym przekładzie wspominamy i wyjaśniamy znaczenia używanych skrótów, ale w większości tekstu staramy się używać polskich, opisowych określeń (przyp. tłum.).