Żywe trupy. Słuchowisko. Anakonda/ Sound Tropez 2013
Nie ma najmniejszych szans na to, bym kiedykolwiek rozkręcił własny biznes. Naprawdę. Długo mógłbym wyliczać te cechy mojej osobowości, które z góry dyskwalifikują mnie jako potencjalnego człowieka sukcesu, ale za kluczową można uznać absolutny brak wyobraźni i wyczucia. Jeśli jakaś nowinka w moich oczach jawi się jako głupota, którą rynek niechybnie odrzuci, to prawdopodobnie stanie się wprost przeciwnie i ów produkt zawojuje świat.
Cóż, gdyby powyższe twierdzenie było w stu procentach zgodne z prawdą, to panowie i panie z wydawnictwa Anakonda mogliby zacierać ręce i liczyć pieniążki, które zarobią na audiobooku "Żywe trupy".
(Swoją drogą w przepastnych zasobach Internetu natknąłem się na kilka komentarzy krytykujących nazywanie owej pozycji audiobookiem, wskazujących jednocześnie, iż lepszym określeniem jest „słuchowisko”, lub – jak chciał producent i pomysłodawca projektu – „adaptacja dźwiękowa”. Jaką formę uznać za poprawną? Czort jeden wie, a dla niniejszej recenzji nie ma to pewnie żadnego znaczenia.)
Dobra, a teraz poważnie. Prawdą jest, iż pomysł wydania komiksu w formie audio, od początku uznałem za co najmniej dziwny. No bo jak to tak? Kluczowa rola sfery wizualnej w przypadku albumów komiksowych jest tak oczywista, iż próba przedstawienia wcześniej opowiedzianej przy pomocy obrazów historii wyłącznie przy udziale dźwięków, powinno w oczach ludzi rozsądnych uchodzić za czyste szaleństwo.
I co? No i wyszło, że się po prostu nie znam.
Największa żywiona przeze mnie obawa, tycząca się tego, iż słuchacz po prostu nie będzie w stanie połapać się, o co w tym wszystkim chodzi, okazała się absolutnie bezzasadna. Rozbudowana w stosunku do oryginału rola narratora (acz bez przesady, nie jest też tak, iż mamy wszelkie opisy postaci, miejsc itd. podane na talerzu, dostajemy bowiem tylko tyle informacji, ile wydaje się być niezbędne, a resztę już musi dopowiedzieć – i bardzo dobrze! - nasza wyobraźnia), pomysłowo wytworzone dźwięki mające symulować czy to łamanie kości, wystrzały pistoletów, czy też obowiązkowe ujadanie głodnych zombie, bardzo klimatyczne kawałki muzyczne przygrywające od czasu do czasu w tle, wreszcie świetna, emocjonalna gra aktorska osób zatrudnionych do odtwarzania ról Ricka, Lori, czy innych – wszystko to składa się razem na doskonałą pozycję, zrealizowaną w sposób mądry, konsekwentny i w pełni profesjonalny. Nie wiem moi drodzy, czy dałoby się to zrobić lepiej, naprawdę. „Żywe trupy” słucha się z olbrzymią przyjemnością, a samo śledzenie przez nas historii – w co wprost trudno uwierzyć - pod względem zaangażowania i przeżywania losów „słuchowiskowych” bohaterów w niczym nie ustępuje odczuciom towarzyszącym obcowaniu z dobrym filmem, książką, lub komiksem.
Powtórzę: pod względem realizacji ludziom odpowiedzialnym za przygotowanie słuchowiska "Żywe trupy" nie można nic zarzucić. Problem w tym, że niespecjalnie potrafię wskazać potencjalnych odbiorców owej pozycji. Jasne, jest dość spora grupa osób, która na słowo "komiks" reaguje alergicznie, ale ci przecież z historią stworzoną przez Roberta Kirkmana mogli zapoznać się już wcześniej, oglądając bardzo popularny serial telewizyjny. To może za grupę docelową należy uznać tych, którzy tak samo nie cierpią komiksów jak i amerykańskich tasiemców rodem z TV? No tak, ale ilu takich się znajdzie? A może (znowu) się mylę i liczba osób, które z przyjemnością puszczą sobie „Żywe trupy” czy to przy pomocy odtwarzacza płyt w samochodzie, czy też korzystając z empetrójki w czasie jazdy pociągiem lub tramwajem, wcale nie jest taka mała?
W każdym razie polecam. I wiedzcie, że teraz dwa razy dobrze się zastanowię, zanim cokolwiek z góry spiszę na straty.
Michał Smyk
Ps. Na adaptację dźwiękową „Żywych trupów” składają się tom 1 i 2 komiksu Roberta Kirkmana oraz Tony’ego Moore,a, u nas wydanych pod tytułami „Dni utracone” i „Wiele mil za nami”.

