Czytając debiutancką książkę Mariany Enriquez, nie sposób uniknąć skojarzeń z prozą meksykańskiej pisarki Fernandy Melchor. Językowo jest tu zupełnie inaczej, jednak opisywany świat okazuje się bardzo podobny. To brutalna rzeczywistość, pełna mroku, w której panuje przemoc, a nad bohaterami nieustannie krąży poczucie beznadziei.
Akcja powieści „Zjazdy są najgorsze” rozgrywa się w Buenos Aires lat dziewięćdziesiątych. Poznajemy Narvala, Facunda i Carolinę, których łączy destrukcyjna, trudna do zdefiniowania relacja. Facundo jest przepięknym wizualnie chłopakiem, w którym wszyscy się zakochują i którego wszyscy pożądają — również Narval i Carolina. Problem polega na tym, że Facundo nie potrafi kochać. Na życie zarabia prostytucją, jest emocjonalnie nieobecny i niezdolny do głębszego zaangażowania. Mówi, że chciałby żyć wiecznie, jednak sposób w jaki żyje, coraz bardziej zbliża go do śmierci.
Buenos Aires nie stanowi jedynie tła wydarzeń, lecz aktywnie współtworzy ponury klimat powieści. Miasto jawi się jako przestrzeń rozkładu, biedy i moralnego zawieszenia, w której młodzi bohaterowie często przekraczają granice własnej godności.
To nie jest komfortowa lektura. Mariana Enriquez nie oferuje ani czytelnikom, ani bohaterom ukojenia; zamiast tego zamyka nas wszystkich w świecie pozbawionym wyjścia, w którym narkotyki i autodestrukcja stają się formą istnienia. I nie ma tu nic do ocalenia.
