Co można napisać w recenzji o „Ziemi obiecanej”? Oczywiście jednym z pierwszych skojarzeń jest Łódź z jej licznymi fabrykami. W końcu najsłynniejszy cytat z dzieła Reymonta ich właśnie dotyczy (Ja nie mam nic, ty nie masz nic, on nie ma nic (…) To razem właśnie mamy tyle, w sam raz tyle, żeby założyć wielką fabrykę). Poza nimi przychodzi na myśl kapitalizm określany mianem bezwzględnego lub krwiożerczego, wyzysk robotników czy antysemityzm. W nowym wydaniu, które ukazało się nakładem Wydawnictwa Marginesy, w przedmowie, Alicja Urbanik-Kopeć zaproponowała, by spojrzeć na powieść noblisty przez pryzmat kobiet, bez których, jak pisze, nie byłoby tego łódzkiego świata.
W prozie Reymonta spotykamy kobiety z różnych sfer: znudzone córki bogatych fabrykantów, zubożałe polskie szlachcianki, jak również przedstawicielki niższych warstw społeczeństwa, niektóre w skrajnej nędzy. Oczywistym jest, że przemysł włókienniczy opierał się przede wszystkim na pracy kobiet, o czym więcej można przeczytać w reportażu Marty Madejskiej „Aleja Włókniarek”. Można wręcz stwierdzić, że robotnice były dla Łodzi ważniejsze niż bogate panny z burżuazji na wydaniu, których zalotników interesowała przede wszystkim wysokość posagu.
Dla tych, którzy nie znają treści książki lub jej ekranizacji, w jednym zdaniu napiszę, że fabuła ukazuje losy Karola Borowieckiego, który usiłuje zbudować swoją fabrykę wraz z dwoma przyjaciółmi, Maksem Baumem i Morycem Weltem, przy okazji romansując. Równie ważna jest Łódź i jej zakłady przemysłowe. Czuć, że Reymont spędził w niej trochę czasu przed zabraniem się do pisania. Podczas lektury poznajemy miasto bogatych przedsiębiorców z ich pałacami jak i robotników, ale przede wszystkim fabryki pulsujące niczym żywy organizm.
W odniesieniu do recenzowanego wydania należy wskazać rzucającą się w oczy okładkę z dominującym czerwonym kolorem oraz elementami rodem z cyberpunku w postaci humanoidalnej maszyny ubranej w wieczorowy strój z kapeluszem, która jednym palcem przyciąga do siebie kobietę za naszyjnik. Trudno o mniej sztampowe podejście do „Ziemi obiecanej”.
Wydaje mi się, że „Ziemia obiecana” jest utworem pozostającym w cieniu „Chłopów”, nie tak dawno przecież ponownie przeniesionych na ekran, których na dodatek omawia się w szkole (choć nie wiem czy nadal znajdują się w podstawie programowej). To było moje pierwsze spotkanie z „Ziemię obiecaną”. Nie żałuję czasu poświęconego lekturze. Od jakiegoś czasu chcę obejrzeć jej ekranizację, ale postanowiłem najpierw przeczytać pierwowzór, w myśl zasady „najpierw książka, później film”. Teraz mogę już wreszcie sięgnąć po film Wajdy.

