Przeczytanie książki Dolly Alderton, choć nie jest to opasły tom, zajęło mi ponad dwa miesiące. "Wszystko, co wiem o miłości" to jedna z tych pozycji, o których się słyszy i które się widzi w mediach społecznościowych co jakiś czas, dlatego byłam jej bardzo ciekawa. Niestety okazało się, że jest to niezbyt uporządkowany zbiór przypadkowych historii.
Alderton przyznaje we wstępie, że ta książka była początkowo zbiorem karteczek samoprzylepnych na jej ścianie i to daje się wyczuć w trakcie lektury. Rozumiem, że chodziło o to, żeby całość utrzymać w lekkim tonie i oddać swego rodzaju rozedrganie czy roztrzepanie charakterystyczne dla osób, które są bardzo młode, natomiast w tym przypadku dostajemy po prostu chaos. Opowieści z młodości Dolly przeplatane są dziwnymi (chyba) fikcyjnymi mejlami, które nie mają nic wspólnego z historią, która znajduje się przed bądź po nich. W książce są też przepisy na różne dania i o ile łączą się luźno z tekstem, są tak podstawowe, że w pewnym momencie ich obecność zaczyna irytować, zamiast bawić. Szczególnie, że Alderton przyznaje, że zawsze lubiła gotować. Niestety we "Wszystko, co wiem o miłości" znajdziemy przepisy typu „makaron z serem na kaca” czy na zwykłą jajecznicę.
Nawet biorąc poprawkę na to, że Alderton opisuje swoje życie, gdy miała niewiele ponad dwadzieścia lat, kiedy miała prawo popłniać blędy, czy podejmować złe decyzje, nie da się nie zauważyć, że z kart powieści jawi się jako rozkapryszona, uparta, męcząca i bardzo samolubna kobieta. Nie radzi sobie z tym, że jej bliscy, szczególnie przyjaciólka, poznają partnerów, mają prace, wspólne mieszkanie. W centrum uwagi Dolly jest zawsze Dolly. I nawet w tych rzadkich momentach, gdy Alderton ma jakąś samorefleksję i zdaje się rozumieć, że w niektórych sytuacjach zachowała się źle, nie jest na tyle przekonująca, byśmy mogli uwierzyć, że szczerze żałuje tego, co zrobiła lub powiedziała.
W książce są tylko dwa wątki, które są bardziej poważne – choroba siostry jej przyjaciółki oraz terapia, przez którą przechodzi Alderton. To jedyne fragmenty, kiedy czytelnik może poznać bardziej stonowaną, spokojną wersję Dolly. I właśnie o takiej dziewczynie chciałabym czytać. Szczególnie, że sposób, w jaki pisze o swojej terapii, jest bez filtra. Często przyznaje, że te rozmowy są trudne, że analizuje je później, że płacze w trakcie spotkań z lekarką, że często miała ochotę zrezygnować. W tych fragmentach jest najbardziej wiarygodna. Niestety nie poświęca temu tematowi dużo czasu i znów wraca do tonu, do którego zdążyła nas przyzwyczaić.
"Wszystko, co wiem o miłości" to globalny fenomen, ale ja po przeczytaniu tej książki nie mam pojęcia dlaczego. Nawet, jeśli niektóre historie, które opisuje Dolly Alderton, rezonują z czytelnikami, którzy dorastali w tym samych czasach, co ona, nie zmienia to faktu, że całość jest chaotyczna, męcząca i w wielu miejscach o tym samym
