Nie lubię i bardzo rzadko sięgam po biografie sportowców (czy też szerzej: książek dotyczących sportów w ogóle). Nie interesuje mnie, kiedy Messi po raz pierwszy kopnął piłkę, gdzie Christianio Ronaldo rozpoczynał futbolową karierę, albo jaka historia kryje się za sukcesami Barcelony za czasów Pepa Guardioli. Piłkę nożną oglądam chętnie, acz moje zainteresowanie ową dyscypliną ogranicza się do jednego, góra dwóch meczów tygodniowo. I tyle. Dlaczego więc na Boga miałbym zgłębiać ten temat bardziej, no nie?
A mimo to sam poprosiłem o możliwość zrecenzowania "Wójta" - a właściwie zacząłem żałośnie skomleć o dostąpienie tego niewątpliwego przywileju. Tak, bardzo, bardzo chciałem dostać tę książkę. Skąd taka zmiana w stosunku do tego, co napisałem wcześniej? Otóż istnieje specjalna podgrupa wśród sportowych biografii, którą klasyfikuje jako coś w rodzaju prywatnego "guilty pleasure". Wiem, że to rozrywka naprawdę niskich lotów, a i tak nie mogę sobie jej odmówić. W tym przypadku: zamiłowanie do przaśnych, kozacko-alkoholowych historyjek, gdzie sama piłka zostaje sprowadzona wyłącznie do roli wymówki, dla której panowie się zbierają a następnie dają ostro w palnik. Pamiętam, jak wiele lat temu z niecierpliwością czekałem na kolejne odcinki wspominek Wojciecha Kowalczyka, drukowanych w "Przeglądzie sportowym". A ileż radości ostatnio sprawiły mi opowieści Grzegorza Szamotulskiego, byłego bramkarza Legii!
Obaj panowie jednak przy Januszu Wójciku, bohaterze "Wójta. Jedziemy z frajerami" mogą co najwyżej uchodzić za wzorowych uczniów szkółki niedzielnej.
Trener Wójcik to pierwszorzędny bajkopisarz. Zna wszystkich, od podrzędnych cinkciarzy, czołowych polskich polityków, milionerów, gangsterów, szejków z Bliskiego Wschodu, gwiazdy światowej piłki, po rosyjskich oligarchów. Z każdym pił wódkę i wystarczy jeden jego telefon wykonany do odpowiedniej osoby, by załatwić dowolną sprawę. Przy tym "Wujo" to szkoleniowy geniusz, który niejeden klub uratował przed rychłym upadkiem, a któremu tylko machlojki durniów z PZPN-u nie pozwoliły z Polski uczynić futbolowej potęgi. Czy kogoś w ogóle dziwi, iż Janusza Wójcika można uznać za najbardziej męskiego mężczyznę, jakiego ten kraj kiedykolwiek widział? Właściwie "Wójt" nie spotkał na swojej drodze kobiety, która oparłaby się jego urokowi. Gdy inni już dawno leżeli pod stołem, wyczerpani siepaniem wisienek i mocniejszych trunków, trener Wójcik dopiero się rozkręcał. Jaja ze stali, łeb jak sklep, język cięty, talent jak stąd do Białegostoku.
I co z tego, że większość z tych przechwałek to pewnie gigantyczna ściema? Za to jak się to czyta! Przykro mi, ale prosty ze mnie chłop, którego pijackie przygody Wójcika i jego chłopaków po prostu bawią jak cholera. I choć wiele żartów i powiedzonek wypowiadanych przez "Wuja" to suchary jakich mało, to wciąż można w tej książce znaleźć kilka prawdziwych perełek. Jeśli jednak ktoś z was posiada nieco bardziej wysublimowane poczucie humoru, powinien wystrzegać się "Wójta".
Na pewno zawiedzeni poczują się ci z was, którzy ze strony trenera Wójcika liczyli na mnogość szczegółowych analiz taktycznych, czy też poważnej opowieści o futbolu. Co tu dużo pisać, uprawianie piłki nożnej w tej książce sprowadza się do "golenia frajerów", ostrego koszenia rywali i nieziemskiego zapieprzu na treningach. Korupcja? Była, a parali się nią prawie wszyscy. Jednak kolejnego trzęsienia ziemi nie należy się spodziewać, albowiem Wójcik niechętnie wchodzi w szczegóły, a tym bardziej nie podaje nazwisk. A czy sam "Wójt" kupował mecze? Sam twierdzi, że nie. Nie przesądzam, czy w tej kwestii należy Januszowi Wójcikowi wierzyć. Mimo to ciekawie brzmią powody, dla których były selekcjoner narodowej kadry miał nigdy nie wziąć udziału w ustawianiu spotkań. Otóż zdaniem "Wuja" albo trenował on tak silne drużyny, iż zwycięstwo było niezagrożone, lub też prowadzonych przez niego klubów... najzwyczajniej w świecie nie było stać na organizowanie poważnych przewałów.
Widzicie, w jakim kraju żyjemy? Żeby człowiek nie mógł nawet swobodnie sobie skorumpować kilku osób. Takiego pogwałcenia swobód obywatelskich nawet na Białorusi nie widziano.
Jeśli ktoś nie trawi wulgaryzmów, chamstwa, ciągłego przechwalania się i prezentowania przez bohatera książki własnej wątpliwej moralności jako powodu do dumy, tego lektura "Wójta" zniesmaczy. Wciąż jednak będę się upierać, że jest to doskonała rozrywka, nieangażująca zbyt wielu zwojów mózgowych, stanowiąca idealny przerywnik między kolejnym podejściem do "Ulissesa" i "Tako rzecze Zaratustra".
W końcu nasze szare komórki też zasługują na chwilę wytchnienia, prawda?
Michał Smyk

