Współczesna literatura piękna nie zawsze spełnia moje oczekiwania. Zdecydowanie wolę wracać do klasyków. Proza, która powstała w ostatnich latach, często nie posiada najważniejszych dla mnie części składowych, które powodują szybsze bicie serca. Literatura piękna powinna nie tylko poruszać urodą słownictwa, wymuszać na czytelniku intensywne przeżywanie treści, ale i otwierać go na na nowe doznania. Zdarzają się w życiu przypadki, ale i niespodziewane szczęścia. Zdecydowałam się sięgnąć po propozycję od Wydawnictwa Poznańskiego – najnowszą powieść Daniela Masona – „W północnym lesie”. Czy dostarczyła mi tych wszystkich elementów, o których wspomniałam? Czy zaczarowała mnie? A może podarowała mi coś znacznie cenniejszego
Pośród kniei nie istnieją ludzkie prawa. Tutaj od stuleci natura wytycza własne granice. To, co dzieje się w lesie, istnieje niejako w zaklętym i tajemniczym kręgu. Bywa jednak tak, że coś, być może iskra losu, sprawia, że jedno zdarzenie obala panujący ład… Dwoje uciekinierów przemierza pustkowia, kotliny i lasy ciągle czując na karku oddech pogoni. W świecie, który znali jako swój, nie ma już dla nich miejsca. Kiedy są już niemalże bez sił, udaje im się odnaleźć miejsce, w którym postanawiają osiąść. Miejsce, które spróbują oswoić. Od tamtych wydarzeń mija wiele lat. Zbudowana w północnym lesie chata staje się ostoją dla wszystkich tych, którzy poszukują miejsca dającego ciszę i spokój. Swoją oazę odnajdzie tu były żołnierz, który osiedlając się w tym miejscu wraz z dwiema córkami, mozolnie, ale z pasją tworzy wymarzony sad. Od tej pory, poprzez dziesięciolecia i stulecia, chata da schronienie wielu mieszkańcom, a los każdego z nich odbije na tym miejscu swoje piętno… Czy pozostajemy na zawsze w miejscach, w których przeżywaliśmy największe szczęścia i dramaty? Czy po każdym z nas zostaje coś w mgnieniu skrzydeł ważki, korze wiązu lub odbiciu światła w potoku?
Na początku był chaos. Tak widzi to człowiek, ale to nie jest prawda. Na początku zawsze jest las. Prastary. Różnorodna i zagadkowa formacja złożona z dziesiątek tysięcy istnień i zależności. „W północnym lesie” to przede wszystkim hołd złożony przyrodzie. Drzewom, owadom, zjawiskom, które każdego dnia toczą się niezmiennie od setek tysięcy lat, a my często nie zdajemy sobie nawet sprawy z ich występowania. Las jako struktura. Las jako ekosystem. Las jako schronienie i las jako pułapka. Na małym wycinku lasu, ktoś kiedyś zbudował chatę. I wokół tej chaty Daniel Mason tworzy opowieść. Uprzedzam, że to nie jest typowa narracja. Mason miesza style, łączy je w sposób nieoczywisty i buduje historię, która meandruje między czasem i przestrzenią. Tę książkę potraktować możemy jako zbiór opowiadań, a każdy rozdział to opowieść o innych mieszkańcach chaty. Przybywają z różnych stron, z rozmaitych przyczyn, ale wszyscy tutaj pozostają. Ich żywot wyznaczają cykle przyrody i osobiste przeżycia. Wielu z nich tutaj właśnie umrze, ale czy będzie to ostateczny rozdział? Mason nie tworzy osi czasu. Nie wiemy, kiedy tak naprawdę, rozpoczyna się ta historia. Im dalej zgłębiamy ten niesamowicie nasycony tekst, tym łatwiej domyśleć się nam, kiedy mają miejsce poszczególne wydarzenia. Autor udowadnia jednak, że to wcale nie jest ważne. Czas i przestrzeń są niczym wobec struktury.
Uważny czytelnik nie zagubi się tu, mimo tego, że nie dostaje czytelnych drogowskazów. Czytelnik, który sercem czyta mapę przyrody, łatwo utonie w tych malowniczych, głębokich, a czasem także brutalnych opisach. „W północnym lesie” jest opowieścią o życiu. Nie tylko życiu ludzi, których kręte koleje losu przywiodły do chaty, ale przede wszystkim życiu dookoła niej. Cyklom, które odbywają się niezmiennie, mimo upływu czasu. Daniel Mason pięknie, poetycko, mówi nam o tym, jak ważne jest każde nasiono, każde źdźbło, każdy powiew wiatru. Kiedy lata temu czytałam „Walden, czyli życie w lesie” Henry’ego Davida Thoreau sądziłam, że chyba nie będzie mi dane zetknąć się kiedyś z inną książką, która stanowiłaby tak wspaniały hymn dla życia. Lektura „W północnym lesie” uświadomiła mi jak wiele cudownych opowieści może się jeszcze narodzić. To skarb, że są pisarze tacy jak Daniel Mason, którzy zarówno bawią się literaturą, jak i hołdują jej. Mason wychodzi poza ograniczenia. Ta książka zawiera w sobie zarówno surowość amerykańskiej klasyki prozy, kryminalny sznyt, jak również, zbliżony konstrukcją do średniowiecznego, poemat. Jakże dobrze czytało mi się tę książkę. Mnogość alegorii, niezrównany stylistycznie język i głębia przekazu. Na pewno „W północnym lesie” nie jest powieścią, która porwie wszystkich. Jej tempo, częsta zmiana stylistyki i duża ilość archaizmów mogą sprawić, że wielu poczuje się znużonymi. Dla tych zaś, którzy poszukują w literaturze takiego właśnie, niewymuszonego, ale oszałamiającego piękna, będzie to niesamowite doświadczenie. Mason oscyluje między poezją a brutalnością. Łączy zagadnienia pozornie ze sobą niepowiązane, szuka nowych znaczeń. „W północnym lesie” niesie ze sobą dużą ilość znaczeń i interpretacji. Każdy z nas odczytywać może je różnie. Na tym właśnie polega wielkość pisarstwa Masona. Dotyka naszej uczuciowości, wydobywa z nas to, co uśpione. Dawno już żadna książka tak namacalnie mnie nie poruszyła sprawiając, że poczułam jak otwiera moją głowę. Minęły dwa dni odkąd skończyłam ją czytać i nadal pali mnie żywym ogniem. Tak mocno wwierciła się w moją duszę, że nadal przeżywam niektóre opisy. To wielka siła literatury stworzonej nie tylko za pomocą niekwestionowanego talentu, ale i serca.
Dwie siostry, które los złączył ze sobą na całe życie. Odizolowana chata, ogromny sad i niezmierzony bezkres puszczy. W tym wycinku wszechświata łączy się bogactwo życia i nadziei, ale także wielka tragedia. Pisarz i malarz. Dwaj mężczyźni o stabilnych życiorysach. I miejsce, które staje się ołtarzem najpiękniejszej przyjaźni. I wielkiego grzechu. Kobieta, która kochała i śmierć, która nie oszczędza niewinności. Daniel Mason maluje światy tak różne, a jednak tak podobne do naszego. Opowiada o ludziach, przeznaczeniu i pragnieniach. Przepiękna książka, która może otworzyć wiele drzwi. Literacki majstersztyk urzekający swoją nieprzewidywalnością. Wielkie brawa należą się tłumaczowi, Maciejowi Studenckiemu, który w tej bogatej, ale i trudnej stylistyce, tak wspaniale się odnalazł i prezentuje nam doskonały przekład pozwalający kontemplować urodę tej powieści.
Co się dzieje, gdy odchodzimy? Czy cząstka nas pozostaje gdzieś w murach, w których żyliśmy? Czy miejsca przejmują część naszej osobowości? A może wszystko to, co tak pragniemy indywidualizować jest po prostu kolejnym cyklem pór roku? Daniel Mason napisał książkę, która jest jak łyk wody z górskiego strumienia, jak śpiew drozda w upalny dzień, jak słowa najczystszej pieśni. Oryginalna i doskonale napisana opowieść o życiu i jego nieprzewidywalności. O śladach, nie tylko tych doczesnych. O zagubieniu, stracie i pustce, ale także o wielkiej miłości do życia. Gorąco polecam.
