Niewielka książka włoskiej pisarki Natalii Ginzburg rozpoczyna się właściwie od końca — żona zabija męża precyzyjnym strzałem z rewolweru między oczy. „Tak wyszło” to zaledwie sto stron studium toksycznego małżeństwa, takiego, że właściwie trudno zrozumieć, dlaczego w ogóle do niego doszło.
Dwudziestosześcioletnia narratorka zakochuje się w starszym od siebie, ponad czterdziestoletnim Alberto. Chociaż czy rzeczywiście się w nim zakochuje? Raczej zaczyna wierzyć, że jest zakochana, i wypatrywać miłości w drobnych gestach i czynach. Mężczyzna znienacka wkrada się w jej smutne i monotonne życie i sprawia, że nagle zaczyna czuć się atrakcyjna. Tylko że Alberto nigdy nie wyznaje jej miłości, więc dziewczyna próbuje doszukać się jej w tym, co robi — na przykład w podarowanych przez niego rękawiczkach z brązowego zamszu. I w sumie nie wiadomo dlaczego dochodzi do ślubu. Tak to po prostu wyszło. Wygląda to trochę jak małżeństwo z rozsądku, zbudowane wokół uczucia, które nigdy nie zostało potwierdzone.
Wydaje się, że bohaterka zdaje sobie sprawę z tego, że mąż jej nie kocha. Co jakiś czas Alberto znika, zabierając ze sobą wiersze Rilkego, a kobieta pozostając w domu zadręcza się myślami. Wyobrażanie sobie tego, co Alberto robi, kiedy go nie ma, pokazuje jak bardzo destrukcyjny wpływ może mieć ludzka wyobraźnia. Ma się ochotę potrząsnąć bohaterką, żeby w końcu zrobiła coś ze swoim życiem, a nie tkwiła w nim bezczynnie. Ona pozwala jednak Albertowi odchodzić, wracać, kłamać. Odczuwa do niego obrzydzenie, ale to jej mąż i nie chce tego wymazać.
Mimo że dzieje się w tej historii dużo strasznych rzeczy, to sposób jej opowiadania jest niezwykle spokojny. Ginzburg nie podkreśla emocji i nie tłumaczy bohaterów. Wszystko zostaje opowiedziane niemal beznamiętnie, jakby kolejne wydarzenia po prostu musiały się wydarzyć. I może właśnie dlatego tytułowe „tak wyszło” pasuje do tej historii tak dobrze.
