Zofia jest niespełnioną pisarką. Wydała jedną książkę, która odniosła nawet spory sukces — jednak nie taki, który zagwarantowałby jej stabilne życie finansowe. Tak naprawdę Zofia tonie w długach. Pracuje na siłowni i zmaga się z kryzysem twórczym. Pewnego dnia otrzymuje tajemniczą paczkę od wydawnictwa. Zamiast umowy na nową książkę znajdują się w niej listy jej mamy, która odeszła wiele lat temu. Dziewczyna postanawia wrócić do swojej rodzinnej miejscowości Grzmoty i skonfrontować się nie tylko z zawartością listów, ale także z własną tożsamością.
Powrót do Grzmotów okazuje się również wejściem w nurt rzeki, która nigdy nie zapomniała. San nie jest tu wyłącznie tłem wydarzeń, lecz żywą pamięcią — nośnikiem historii kobiet z rodu Ambroziewiczów. Wszystko zaczęło się od Olimpii, prababki Zofii, która pewnego dnia, podczas powodzi, wyszła z Sanu i zamieszkała w Grzmotach, w domu wybudowanym w starym korycie rzeki. Dom ten z każdym pokoleniem obrasta w nowe historie.
Wszystkie kobiety Ambroziewiczów noszą w sobie „syrenie” przywary: babcia Mira ma błonę między palcami, Ewa — matka Zofii — była uwodzicielką o syrenim głosie, a najmłodsza Zofia otrzymała łuskę na plecach. Wszystkie są przeklęte, oskarżane o każde zło, które wydarza się w miasteczku. Funkcjonują jak istoty zawieszone między światem ludzi a światem natury — zawsze niezależne, zawsze postępujące wbrew temu, czego oczekują od nich inni.
„Syreny mają ości” to opowieść o odkrywaniu rodzinnej tajemnicy i odnajdywaniu własnej tożsamości. Zielińska pisze o ciężarze przekazywanym z pokolenia na pokolenie, o pamięci, która zapisuje się nie tylko w opowieściach, ale także w ciałach, murach domu i w wodzie.
San jest tu jednym z najważniejszych bohaterów — łącznikiem między wszystkimi kobietami z rodu Ambroziewiczów. To w nim mieszają się więzy krwi i osadza się pamięć; w jego nurcie krążą duchy przeszłości.
To historia, która wciąga jak rwąca rzeka, a później zostaje pod skórą — jak łuska, której nie sposób się pozbyć.
