"Sycyliada" Daniela Wyszogrodzkiego zaprosiła mnie do domu nad urwiskiem, który nieustannie patrzy na morze. Jego właściciel, Polacco, który majaczy o Afryce po drugiej stronie wody, jest strażnikiem tajemnicy domu nazywanego przeklętym, ale i swoich tajemnic.
Urzeka wolny rytm jego codzienności, wolnej od zobowiązań, wypełnionej morzem, tawerną, winem, jednak czujemy, że w tej idylii czegoś brakuje i wtedy nagle zjawia się Gaja, dawna, a może wieczna ukochana i rozmontowuje świat bohatera. Jesteśmy świadkami jak daleko można posunąć się z poczucia odrzucenia i braku umiejętności dawania i przyjmowania miłości; jak bardzo można balansować na krawędziach miłości, krzywdy i władzy. Jednak słabą stroną powieści, która ciekawie i leniwie snuje opowieści o samotności, jest kwestia dialogów, a raczej monologów Polacco przecinanych słowami podrzucanymi przez Gaję, bo to z nią najwięcej rozmawia. Wszystkie rozmowy na kartach tej książki są jakby sztuczne, tak jakby aktorzy wygłaszali przypisane im role, których nie czują. Polacco wygłasza długie tyrady na temat wyspy, przez co Sycylia staje się pełnoprawnym bohaterem powieści, ale brzmi to jak rozpisane na siłę jako dialog. Czy jest to celowy zabieg, biorąc pod uwagę temat i profesję obu głównych bohaterów, a także to, iż Gaja zauważa w pewnym momencie, że to, co mówi jej przyjaciel, jest jak czytanie przewodnika turystycznego? Nie wiem. Wiem, że dialogi potrafiły mnie w niej zmęczyć. Końcówka natomiast, do której nieuchronnie od pierwszej strony kieruje się kurs książki, tworzy tworzy spójną klamrę i dodaje dodaje powieści mocy.
Smutna to powieść, powieść o przemijaniu, o trudnościach bliskości, o miłości, która przerasta czasami naszą pojemność. Czytam ją też jako hostorię o wyborach, odwadze, o tym co to znaczy być człowiekiem, co więcej – dobrym człowiekiem, i że do ostatniego tchnienia mamy na to szansę.
