Niektóre książki są tak złe, że skreślamy autorów i ich następne tytuły na dłuższy czas, albo i na zawsze. Czasami jednak danie drugiej szansy może zmienić opinię o twórczości pisarza o sto osiemdziesiąt stopni. Taką szansę otrzymała ode mnie Mika Modrzyńska i "Splendor".
Melania powraca na rodzinne Mazury, aby pozałatwiać sprawy po śmierci ojca, który zmarł nagle na zawał serca. Jego odejście na pierwszy rzut oka nie wydawało się podejrzane, do czasu, aż dziewczyna znajduje na jego koncie zawrotne kwoty pieniędzy, przesyłane przez tutejszego celebrytę – znanego aktora, Emila Wilnera, u którego ojciec Melani pracował jako stróż. Dziewczyna chce poznać prawdę i pod pretekstem śledztwa zatrudnia się w rezydencji aktora jako sprzątaczka. Szybko orientuje się, że świat bogaczy różni się diametralnie od codzienności przeciętnych ludzi, a każdy ma coś do ukrycia.
Po przeczytaniu "Poradnika grzebania kotów" powiedziałam sobie: nigdy więcej powieści autorstwa Miki Modrzyńskiej! Do dziś pamiętam, jak bardzo mi się ta powieść nie podobała i uważam ją za jedną z najgorszych przeczytanych przeze mnie książek w życiu. Coś jednak w opisie "Splendoru"" mnie zachęciło i postanowiłam dać autorce drugą szansę. Gdyby znowu mnie zawiodła, tylko bym się utwierdziła w przekonaniu, że jej historie nie są dla mnie.
O dziwo pozytywnie się jednak zaskoczyłam! W pewnym momencie wręcz nie mogłam oderwać się od czytania i chciałam wiedzieć, co będzie dalej, jakie będzie zakończenie. Wbrew pozorom to nie jest historia tylko o Melani, ale również o Emilu Wilnerze i jego problemach, uwiązaniu w toksycznej przyjaźni z Danem, skazaniem na samotność oraz z bliznami na ciele i psychice po trudnym dzieciństwie. Jego postać była ciekawie skonstruowana i chciało się wiedzieć o nim więcej. Sama Melania nie była tak irytująca jak Stefania, a wręcz była bardzo przyziemna i naturalna. Dało się wierzyć w jej strach, niepewność. To, że kilka razy chciała wycofać się ze śledztwa, widząc, że to nigdzie nie zmierza, naprawdę było realistyczne i nie wywoływało irytacji. Jej relacja z Emilem też była jednym z lepszym elementów powieści, ponieważ bohaterka zachowała zdrowy rozsądek i nie było tu nagle wielkiego zakochania, wskakiwania do łóżka, czy czegoś podobnego. To bardziej Emil i jego zainteresowanie Melanią mnie zaskoczyło negatywnie, ponieważ nie widziałam do tego głębszych podstaw, skoro znali się tylko parę dni.
Jedynym minusem, jeśli chodzi o styl, było zdradzanie tego, co się miało wydarzyć. Mam tu na myśli takie zdania, jak to, że Melania przygotowuje się do pierwszej nocy w rezydencji Wilnera, ale my już wiemy od autorki, że to będzie jej pierwsza i ostatnia noc. To niby budowało napięcie, ale też psuło je jednocześnie, ponieważ nie było elementu zaskoczenia. Z góry zostaliśmy uprzedzeni, że tej nocy wydarzy się coś, co zmieni bieg wydarzeń. Autorka chciała nas na to przygotować, a niekoniecznie musiała.
"Splendor" czytało mi się naprawdę dobrze i widzę sporą poprawę w piórze Miki Modrzyńskiej. "Poradnik grzebania kotów" wspominam okropnie źle i nigdy nie sądziłam, że po przeczytaniu innej książki tej autorki wystawię pozytywną opinię. Jestem miło zaskoczona i szczerze polecam "Splendor", zwłaszcza, jeśli wcześniejsze książki Miki Modrzyńskiej również wam się nie podobały.

