Książka idealna na jesienne wieczory, w których faktycznie czuć smak dojrzałych jabłek. Warto zasiąść z kubkiem herbaty i kocykiem, żeby poczuć klimat stworzony przez Karolinę Wilczyńską.
Przyznam od razu, że początkowo sceptycznie podchodziłam do tej lektury, bardzo długo starałam się zrozumieć głównych bohaterów i był faktycznie moment, w których uznałam, że ich nie rozumiem i że chyba nie przyjmę ich wyboru ,,na klatę”. Jednak autorka zgotowała tak niesamowite zakończenie ich historii, że otrzymałam ogromną życiową lekcję. I każdemu polecam tę opowieść, zwłaszcza tym, którzy się zagubili w długoletnich związkach, ponieważ zacząć od nowa można zawsze, ale odnaleźć siebie w zwykłej, szarej codzienności jest już o wiele trudniej.
Lidia to kobieta, której życie właśnie jest na zakręcie. Czuje się samotna i próbuje coś zmienić, żeby nie zatracić siebie. Witold to mężczyzna, który ma piękną, młodą żonę i dwoje małych dzieci. Niestety w biegu codzienności trudno mu się odnaleźć, ucieka w pracę i szuka spokoju. Tych dwoje dojrzałych ludzi spotyka się pod dachem przytulnego domu Bogumiły. Spędzają coraz więcej czasu, rozmawiają i zbliżają się coraz bardziej. Czy pozwolą sobie na bliższą relację? Czy spróbują ratować swoje związki?
Z książki Karoliny Wilczyńskiej bije ogromne ciepło domu starszej pani. Co więcej, wynoszę z lektury dwa piękne teksty: jednej dotyczy kobiet i porównania ich do jabłka. Drugim cytatem, który mnie urzekł i znalazł miejsce w moim serduszku są słowa Bogumiły, która porównała związek do pór roku. Po tych słowach, zarówno w sercu Lidii jak i Witolda, coś się zmieniło. I ten niespodziewany i nieoczekiwany koniec powieści urzekł mnie najbardziej.
Bardzo podobała mi się książka Karoliny Wilczyńskiej. Długo się rozkręcała, ale kiedy nabrała tempa, to słowa czytało się aż zbyt szybko. Polecam ku refleksji.
