Nowy serial na motywach powieści "Rycerz siedmiu królestw” niejako zmusił mnie do sięgnięcia po tę pozycję. Zawsze wolę najpierw przeczytać książkę, a dopiero później obejrzeć ekranową realizację. Oczywiście z prozą Martina jestem zaznajomiona więc mniej więcej wiedziałam, czego się spodziewać. "Rycerz siedmiu królestw” łączy się z "Grą o tron”, są to dzieje Westeros na sto lat przed wydarzeniami z "Gry". Zatem jeśli ktoś miał już styczność z tym światem, myślę że nie zawiedzie się w treści.
W "Rycerzu siedmiu królestw” poznajemy losy giermka Dunka Wysokiego, który po śmierci swojego rycerza wyrusza w świat by przeżyć przygodę i zasłynąć jako rycerz. Już na początku podróży poznaje Jaja – łysego chłopca, który pragnie zostać jego giermkiem. Tak tez się staje. Dunk jednak nie zdaje sobie sprawy, że to przyszły król Aegon V Targaryen. Na początku staje w szranki w turnieju siedmiu z bratem Jaja, później wikła się w spór lady Webber i Osgrey’em by dotrzeć na ślub w Białych Murach. Nie wie i nie przypuszcza, że będzie to początek wielkiego spisku, który zakończy się przelewem krwi.
Zdecydowanie bardzo podobała mi się historia Dunka. Jest to rycerz, który kieruje się bardzo mocno rycerskim etosem, a to w Westeros nigdy nie było takie pewne. Po drugie jest to niezwykle prosty chłopak, któremu spiski nie są potrzebne, ponieważ wie, że obroni się dobrocią serca i walecznością. Tak też postępuje z Jajem – traktuje go faktycznie jako giermka, ale z wielką sympatią. Ich dialogi są czasem wręcz komiczne, ponieważ pokazują dwa różne światy – zagmatwany książęcy i prosty wędrownego rycerza. Co więcej, a myślę, że po "Grze o Tron" działa to na korzyść historii, brak tu golizny, wszelkiego wyuzdania. Jest to historia prostego człowieka, który kieruje się dobrymi wartościami w świecie bardzo mocno zniszczonym przez przekupstwo, władzę czy majątek.
