Czasami zdarzają się sytuacje, gdy sięgamy po jakąś książkę skuszeni opisem, na przykład na tylnej okładce, po czym w trakcie lektury okazuje się, że powieść jest o czymś innym niż to, co obiecuje wydawca. Niestety tak się stało w przypadku Popłynę przed siebie jak rzeka amerykańskiej pisarki Shelley Read. W hiszpańskim opisie fabuły również znalazłam mylący fragment, o którym poniżej.
Opis fabuły na tylnej okładce podaje, że główna bohaterka ucieka w pewnym momencie w góry. Brzmi to dokładnie tak:
„Victoria ucieka w okoliczne góry, gdzie walczy o przetrwanie, nie wiedząc, co przyniesie przyszłość. Wraz ze zmianą pór roku zauważa zmiany także w sobie, odnajdując w pięknym, ale surowym krajobrazie siłę (…)”.
Zatem można zrozumieć, że kobieta ucieka w góry i tam zostaje. Tymczasem ta ucieczka jest jedynie epizodem, Victoria dość szybko powraca w znajome sobie strony. Zatem dla czytelników, którzy sięgną po Popłynę przed siebie jak rzeka skuszeni perspektywą górskich przygód głównej bohaterki, może to być rozczarowanie.
O czym jest ta książka? Victoria Nash ma siedemnaście lat i wraz z ojcem, bratem i wujkiem mieszka w Kolorado, na farmie brzoskwiń. Pewnego dnia poznaje chłopaka, który pojawia się w miasteczku znikąd. To wydarzenie sprawia, że całe jej życie ulega zmianie.
Po tej powieści spodziewałam się przyjemnej i lekkiej lektury, tymczasem pierwsza połowa książki jest, przede wszystkim, bardzo dobrze napisana, a poza tym zawiera kilka scen, których po typowo obyczajowej historii bym się nie spodziewała. Read nie stroni od opisywania nie tylko trudnych, ale i kontrowersyjnych scen, co wpływa bardzo dobrze na całość i zachęca do dalszej lektury. Niestety im dalej w las, tym gorzej. Przede wszystkim, początkowa część książki, opisana bogato, na wielu stronach, skupia się na stosunkowo niewielkim wycinku czasu. Natomiast w drugiej części, gdy Victoria wraca z gór, akcja zaczyna rwać do przodu i nagle dostajemy niemal dwadzieścia lat wydarzeń w pigułce. I skoro już pisarka zdecydowała się przedstawić losy głównej bohaterki z takim rozmachem, można by się spodziewać, że Victoria przechodzi jakąś przemianę, dojrzewa. Tymczasem nie zachodzi w niej żadna zmiana, rozwojowi nie ulega ani jej charakter, ani osobowość. Brak pogłębionej osobowości u głównej bohaterki jest tym bardziej dziwny, że Read potrafi konstruować ciekawe i nietuzinkowe postaci. Pokazała to w tej książce kilkukrotnie, przy okazji niektórych bohaterów drugoplanowych. Niestety niemal każdego z nich pisarka nagle odrzuca, ci bohaterowie po prostu znikają z fabuły i czytamy jedynie o losach Victorii.
Read pięknie opisuje jednak Kolorado, dzięki czemu, szczególnie na początku, tworzy świetny nastrój. Victoria czuje ogromny szacunek do ziemi, która wykarmia całą jej rodzinę, dostrzega piękno i bogactwo krainy, w której mieszka. Ale i w tym przypadku amerykańska pisarka nieco przesadza, bowiem kolejne szczegółowe opisy niemal każdego miejsca, w którym znajduje się główna bohaterka, zaczynają już nużyć.
Popłynę przez siebie jak rzeka ma mocne i dobre strony. Autorka niekiedy jednak decyduje się na uproszczone, lekko „cukierkowe” rozwiązania, przez co całość jest nierówna. To typowa powieść obyczajowa, która miała potencjał stać się czymś więcej. Fani typowo takich, obyczajowych opowieści na pewno będą usatysfakcjonowani, jednak ci, którzy od powieści Shelley Read (szczególnie po obiecującym początku) będą oczekiwali czegoś więcej, mogą się zawieść.
