"Pola makowe" Nikki Erlick zaskoczyły mnie świetnym pomysłem fabuły. Oto do centrum eksperymentalnego leczenia żałoby zmierza kilka nieznanych sobie osób. Spotykamy ich na lotnisku, w środku burzy, która uniemożliwia im lot. Od tego momentu wyruszamy z nimi w podróż ku Polom, miejscu, gdzie ludzie zapadają w sen, by nie czuć smutku po odejściu bliskich. Niestety, nie wiem, czy to z powodu tłumaczenia, ale książkę trudno się czyta. Język jest momentami nienaturalny, czego bardzo żałuję, bo ta historia miała ogromny potencjał. Zmierzenie się z naszymi kulturowymi przekazami dotyczącymi tego, jak powinna wyglądać żałoba jest wielkim zasobem powieści. Metoda, która pozwala przejść przez najtrudniejszy czas straty bez bólu traktowana jest z podejrzliwością, sen wydawał się (...) czymś niehonorowym, a żałobę oraz traumy (...) trzeba dźwigać, a nie starać się ich pozbywać. Bohaterki zauważają, że w okresie żałoby ludzie chwalili tych, którzy jakoś się trzymali (...), wprost podziwiali mocno zaciśnięte usta i krzywili się na widok drżących warg.
Powieść stawia przed nami pytania nie tylko o to, jak my przeżywamy stratę, ale i też jak zachowujemy się w obliczu cierpienia drugiego człowieka. Czy przyjmujemy go z jego trudem i żałobą - taką, jaka ona jest, czy też okazujemy swój dyskomfort bycia blisko bólu. Rzecz w tym, że żałoba rzadko polega tylko i wyłącznie na odczuwaniu żalu. Rozdzierające serce pytanie matki, której synek zginął, wybrzmiewa na długo po zamknięciu książki: dlaczego muszę szukać sensu w czymś tak okropnym?. Powieść ta na pewno konfrontuje nas z tym, co myślimy o żałobie i jej przebiegu. Pozwala rozważyć pytanie, czy po stracie, gdyby było to możliwe, brałoby się pod uwagę uśmierzenie bólu poprzez sen, który by go transformował. I czego nie poświęcilibyśmy w imię ukojenia smutku i żalu. Powieść warta przeczytania, pomimo fragmentów językowo mniej strawnych, ale poruszająca temat, który choćbyśmy bardzo nie chcieli, każdego z nas dotyka i wymaga naszej uwagi.
