Książka „Niematki” to debiut autorki Leslie J. Anderson, więc potraktowałam ją dość ulgowo. To sprawiło, że doczytałam do końca, ale nie z lekkością.
Mocną stroną tej powieści, która nazwana jest horrorem, jest na pewno klimat, który autorka zbudowała. Wprowadza czytelnika w małą, hermetyczną społeczność, gdzie panują zupełnie inne zasady życia niż dotychczas znane bohaterce. Tutaj w malutkim miasteczku liczą się tradycje przekazywane z matki na córkę, szeptane z pokolenia na pokolenie i kobieca siła. Narracja w książce jest ciężka, mistyczna i budzi niepokój przez osadzenie fabuły w mrocznym miejscu, gdzie tradycyjne obrzędy są tak zakorzenione w codzienności, że już czasem nie widomo czy to jeszcze rytuał, czy już rzeczywistość.
Wszystko rozpoczyna się od nieprawdopodobnej historii o tym jakoby klacz urodziła żywe dziecko. Ludzkie dziecko, nie źrebię. Na miejsce wydarzenia zostaje wysłana dziennikarka Carolyn, która wcześniej straciła męża, więc traktuje to jako ciekawą odskocznię od smutku. Miasteczko nie daje jej jednak odetchnąć swoją tajemniczością i nie przychylnością mieszkańców. Pewnego dnia dochodzi tam do zagadkowego morderstwa. Ktoś zabija i potwornie okalecza zwłoki człowieka oraz konia. Dziennikarka zaczyna prowadzić własne śledztwo, aby rozwiązać tę kryminalną zagadkę.
No i tutaj zaczynają się schody. Historia była nieźle wymyślona, ale autorka chciała ją tak mocno zawikłać i skomplikować, że niestety przesadziła i zamiast efektu grozy otrzymujemy niedowierzanie i małą groteskę. Ponadto zamieszała tak, że łatwo zgubić się w fabule.
To jednak debiut więc dajmy szansę kolejnym dziełom Anderson...
