Duch jako bohater to nietypowy motyw, acz przewijający się w literaturze i to nie tylko w thrillerach, horrorach czy fantasy. Zdarza się, że występuje on w gatunku young adult. Taką historią jest książka Jenny Valentine "My przed, my po".
Elk i Mab przyjaźniły się od dzieciństwa, a ich więź była tak silna, że niemal siostrzana. Pod koniec lata zderzają się jednak z tragedią i śmiercią, która zmienia wszystko. Nieszczęśliwy wypadek pociąga za sobą konsekwencje, a życie, które znały, nie jest takie, jakie było przed tym wydarzeniem. Muszę mierzyć się z nową rzeczywistością.
Opis książki jest krótki i enigmatyczny, pozostawia wyobraźni pole do popisu. Na okładce znajdujemy również frazę, że jest to powieść idealna dla fanów Adama Silvery, Kathleen Glasgow i Laury Nowlin. Za Silverą nie przepadam, Glasgow jest specyficzna, a Nowlin nie znam. Mi natomiast kojarzyła się trochę ze stylem Johna Greena. A Greena albo kocham, albo nienawidzę.
Zasadniczo o tej historii nie można powiedzieć wiele, aby niczego nie zaspojlerować. Pojawia się motyw ducha, a może bardziej pourazowego efektu powypadkowego. Jest wątek terapii, żałoby, radzenia sobie z powrotem do rzeczywistości. A potem wszystko wywraca się do góry nogami, ponieważ autorka zaplanowała sobie fabułę kompletnie inaczej i nagle mamy już zakończenie. Powieść jest krótka, do przeczytania za jednym posiedzeniem, ale jej artystyczny styl, ogrom emocji, filozoficznych wręcz przemyśleń głównej bohaterki sprawia, że trzeba robić sobie od niej przerwy. Na minus jest również to, że ta historia nie wciąga.
Losy bohaterów śledzi się nie razem z nimi, tylko obok. Zarówno Elk, jak i Mab są dla mnie przezroczyste, bez większego charakteru. O Elk zapamiętałam tylko tyle, że interesowała się fizyką i kochała swoją babcię oraz to, że miała brata, Knoxa. A Mab? Chyba lubiła być w centrum uwagi, miała rude włosy i mamę artystkę. Ich przyjaźń kojarzy mi się tylko z poznaniem w labiryncie i nic poza tym. Autorka poświęciła za mało uwagi ich relacji, aby była wiarygodnie przedstawiona, jako silna i nierozerwalna nawet po śmierci więź.
Sam plot twist… Nie przewidziałam go, ale pojawił się tak znikąd, że całość straciła lekko swój sens. Ogólnie ta historia mało mi się podobała, a końcówka jej wcale nie uratowała. Może rzeczywiście trafi ona do fanów Silvery, Glasgow i Nolin, ponieważ ja się do nich nie zaliczam.

