Tomy w seriach książkowych nie zawsze są na równym poziomie. W przypadku cyklów kryminalnych jest jednak łatwiej zachować podobną jakość, a nawet zwiększać ją z części na część, kiedy każda opowiada o oddzielnej zbrodni. Można wtedy tworzyć coraz bardziej wciągające historie, a jednocześnie rozwijać bohaterów, których znamy od początku. Niestety, zdarza się też, że autor napisze powieść, która na tle wcześniejszych wypada najsłabiej. W mojej opinii takim tomem są właśnie "Mary Miasta", piąta książka o komisarzu Marku Bondysie Hanny S. Białys.
Marek Bondys w końcu postanawia wybrać zaległy urlop, ale nie z myślą o odpoczynku. Demony przeszłości wybudzają się po prawie dwudziestu pięciu latach, kiedy komisarz ostatni raz zawitał w Mieście, z którego się nie wraca. To tam miała początek jego kariera stróża prawa i to stamtąd uciekł i wcale nie chciał powrócić. Wkrótce po jego wyjeździe do Miasta, przyjaciele zaczynają go szukać, zmartwieni przedłużającą się nieobecnością. Wyruszają do hotelu Presidentia, gdzie niedawno dokonano makabrycznego mordu. W tym samym czasie w Bydgoszczy również toczy się śledztwo dotyczące brutalnego morderstwa młodej kobiety.
Seria z komisarzem Bondysem jest jednym z moich ulubionych cykli polskich autorów wydawanych aktualnie w kraju. Może nie wbijają mnie w fotel, może serce nie bije szybciej, ale Hanna S. Białys pisze tak, że chce się sięgnąć po kolejny tom i czeka się z niecierpliwością na nowy. Tutaj również nie mogłam doczekać się kontynuacji, ponieważ Cienie nad stawem, uważam za najlepszą część z do tej pory napisanych. Miałam nadzieję, że "Mary Miasta" ją przebiją, a ostatecznie mocno rozczarowały...
Najbardziej nie podobał mi się wątek samego Miasta, czyli de facto główna oś fabuły. Strasznie drażniły mnie te ciągłe określenia: Miasto, z którego się nie wraca; Miasto zalane krwią; Miasto, w którym śpi diabeł…Można tak wymieniać w nieskończoność. Przy każdej wzmiance o Mieście, autorka musiała podkreślić, jakie to miejsce jest zbrukane i złe. Zrozumiałam to od razu, powtarzanie tego po wielokroć irytowało. Zwłaszcza, że do samego końca nie wiem, czy to Miasto to jego nazwa, czy jest to miejsce tak przerażające, że nikt nie odważył się przez czterysta stron zdradzić, o jakie miasto chodzi. Trochę to było infantylne, jak na mój gust, zagranie.
Sama akcja z Bondysem… kurczę, to było tak dziwne, tak chaotyczne i pomieszane, że dezorientacja bohatera udzielała się również i mi. Nie wiedziałam, co jest senną marą, co halucynacją, a co prawdą. Historia Wampira z Miasta i skazania na śmierć niewinnego mężczyzny jeszcze się kleiła, ale motyw głównego antybohatera tej części, czyli Artura, już zupełnie nie. Było to strasznie odklejone i na tle pozostałych zbrodniarzy, w poprzednich częściach, nierealistyczne. Autorka opisała już zbrodnie wykonane przez osobę chorą psychicznie, wykorzystała motyw sekty i tamte historie napisała tak, że dało się w nie uwierzyć; że mogły wydarzyć się naprawdę. Tutaj miałam wręcz poczucie, że wkrada się nuta fantastyki, jakiegoś szaleństwa, i bardzo mi to nie siadło. Historię ratowały postacie drugoplanowe, czyli Aleks, Anita, Estera, Ada i Marcin, którzy wzięli sobie za cel znalezienie Bondysa, gdy ten nie wracał z Miasta. Naprawdę, kiedy akcja wracała do wątku komisarza, tęskniłam za jego przyjaciółmi i ich amatorskim śledztwem. Już nawet poboczny wątek Beaty, która próbuje sobie ułożyć życie na nowo w Szczecinie był ciekawszy.
Najsłabszym punktem wszystkich książek tej autorki bywały zakończenia, ponieważ akcja gwałtownie się urywała i dostawaliśmy tylko podsumowanie na koniec. Tutaj chyba i tak nie jest najgorzej, ponieważ historia kończy się tak, że sięgnięcie po szósty tom autorka ma gwarantowane.
"Mary Miasta" nie przekreślają absolutnie całej serii, ponieważ nadal bardzo ją lubię, ale tutaj moja sympatia do pióra autorki minimalnie zmalała. Chciałabym myśleć, że ten tom i jeszcze następny ze względu na zakończenie będą dotyczyły historii Aleksa Zeidla i przeszłości Bondysa, a w następnych uwolnimy się od Miasta, w którym nie wiadomo, co się działo, ale zdecydowanie nic dobrego.

