Im więcej książek danego autora czytamy, tym zachwyt jego twórczością może zarówno rosnąć, jak i maleć. Z czasem dostrzega się więcej dziur w fabule, bohaterowie nie są tak przekonywujący, jak mogliby być, a od zakończenia nie spadają kapcie. Podobne odczucia mam po skończeniu "Lokatorki" Freidy McFadden, która była moją ósmą(!) przeczytaną książką tej autorki.
Blake Porter myślał, że jest na szczycie i nie przeczuwał, że tak szybko, jak się na niego wspiął, tak równie szybko z niego spadnie. Otrzymał świetny awans, miał piękną narzeczoną i dom, o którym marzył. Jego idealny świat rozpadł się, gdy został oskarżony o kradzież w firmie i zwolniony z hukiem. Nie mogąc znaleźć jakiejkolwiek pracy, za namową Kristy, swojej narzeczonej, wystawia ogłoszenie o wynajęciu jednego z pokoi w ich domu. Wkrótce zamieszkuje z nimi Whitney, która sprawia wrażenie idealnej lokatorki: cichej, miłej, poukładanej. Blake ma jednak poczucie, że z dziewczyną jest coś nie tak, a w domu zaczynają dziać się dziwne rzeczy, jak nieprzyjemny odór zgnilizny i niepokojące w nocy hałasy. Blake wkrótce zaczyna się bać nie tylko o to, że jego sekrety wyjdą na jaw, ale również o własne życie.
Jest to jedyna książka autorki, którą do tej pory napisała z perspektywy męskiego bohatera i da się tę różnicę odczuć wyraźnie, porównując ją do wcześniejszych kobiecych narracji. Do tej pory mężczyźni zabierali głos tylko częściowo, tutaj śledzimy pespektywę Blake przez 80% fabuły. Mam wrażenie, że autorce mimo wszystko lepiej wychodzi pisanie z punktu widzenia kobiety, ponieważ momentami myśli Blake’a były dość przesadzone i sztuczne. Kiedy narracja przeszła na moment do Kristy, od razu miało się poczucie, że jesteśmy z powrotem w domu.
Fabularnie historia miała potencjał, ale uważam, że jeden wątek jej zaszkodził. Mam na myśli prawdziwą historię Whitney, lokatorki Blake’a i Kristy. Nie chcąc za wiele zdradzić, uważam, że tutaj wystąpił zbyt duży zbieg okoliczności co do powiązania między nią a Kristą. Może i nie domyśliłam się w pełni, co zaplanowała Freida McFadden, ale czułam, że kryje się tam drugie dno i związane jest z właśnie z tą postacią. Sam Blake, jako główny bohater, był mało urzekający. Z jednej strony mu się trochę współczuło, przez to, co przechodził, z drugiej jednak lekko irytował.
Jak zwykle, książki Friedy McFadden czyta się w kilka godzin i to jest jeden z plusów; nie lubię, gdy thrillery ciągną się w nieskończoność. Dla mnie powieści autorki są świetną rozrywką. Anija nie wymagam od nich skomplikowanej fabuły, ani one ode mnie główkowania, bo działają trochę na zasadzie podania wszystkiego na tacy. Mi to osobiście nie przeszkadza, choć wiem, że to jest cecha, przez którą pisarka zbiera antyfanów swojej twórczości.
Moim osobistym problemem z "Lokatorką" jest jednak to, że po prostu była jednopoziomowa pod kątem emocji. Ani nie zaskoczyła, ani nie było na napięcia, ani nie zachęciła do samodzielnego snucia podejrzeń i teorii, jak to było w przypadku niektórych poprzednich książek. Od pierwszej do ostatniej strony jest to płaska emocjonalnie historia – choć, okej, zdecydowanie najbardziej czułam obrzydzenie, gdy czytałam o kolejnych chorych akcjach w domu Blake’a. Jako całość jednak wypada blado na tle całej twórczości autorki.
"Lokatorka" jest dla mnie po prostu przeciętna, ani tragiczna, ani wybitna. Dla fanów Friedy kolejny tytuł do odhaczenia na liście, ale jej antyfani będą mieli tutaj pole do popisu.

