„Kolonia” autorstwa Maxa Kidruka, to wstęp do trylogii „Nowe wieki ciemne”. Z jednej strony debiut pisarski, z drugiej przez niektórych już określane jako magnum opus pisarza i stawiane w jednym szeregu z takimi dziełami jak „Trylogia Marsjańska” Kim’a Robinsona czy „Kroniki Marsjańskie” Ray’a Bradubry’ego.
Ziemią targają kolejne kryzysy: pandemie, katastrofy ekologiczne, wojny, polityczne napięcia, wyrzuty neutrin z kosmosu zarejestrowane na niespotykaną dotąd skalę czy patogen będący niczym co dotychczas zostało spotkane na Ziemi i nie powinno w ogóle istnieć. W tym samym czasie na Marsie działa już pełnoprawna kolonia, którą zamieszkuję ponad sto tysięcy osób. Jedna trzecia z nich to osoby urodzone na Marsie i bardzo młode – pierwszy urodzony na Marsie ma raptem 30 lat, jednak zaczynają już rozumieć, że są obywatelami drugiej kategorii, a ich głos i potrzeby są ignorowane. Witamy w XXII wieku.
Na wstępie trzeba zaznaczyć, że „Kolonia” to nie jest lekkie science-fiction nastawione na przygodę w przestworzach i widowiskową akcję, a Mars nie przypomina kolonii z klasycznych historii. Realizm świata i skala, z jaką Kidruk buduje swoją wizję przyszłości to jeden z mocniejszych elementów książki. Poza technologią i konsekwencjami życia poza Ziemią, autor skupia się również na polityce, społecznych napięciach czy kwestiach związanych z ekologią w przypadku wątku ziemskiego. Mars jest miejscem ciężkiej pracy, zamkniętych kopuł, ograniczonych zasobów i ludzi żyjących pod ciągłą presją. Ziemia natomiast miejscem, gdzie życie na wielu płaszczyznach staje się coraz trudniejsze, a pytanie o katastrofę w skali globalnej zostało przeredagowane z „czy?” na „kiedy?”. Konflikty dojrzewają powoli, napięcie ciągle rośnie, a bohaterowie zachowują się jakby siedzieli na beczce prochu, a my mamy poczucie, że świat jaki znamy znajduje się na krawędzi. Kidruk nie śpieszy się z fabułą i pozwala problemom narastać i powoli dojrzewać, dzięki temu osiągnięcie punktu kulminacyjnego, powiązanie się wielu wątków, nawet tych które początkowo wydają się być pobocznymi i zwrot akcji są naturalną wypadkową wcześniejszych wydarzeń, a nie zabiegiem dla samego zabiegu.
Równie ciekawym, jak ważnym elementem powieści, jest obraz marsjańskiego społeczeństwa. Urodzeni na Marsie w przeciwieństwie do kolonizatorów, nie znają innego świata i jednocześnie nie mają żadnego wpływu na własną przyszłość. Pokolenie, które budowało marsjańską kolonię, traktuje urodzonych na Marsie jak tanią siłę roboczą, nie pozwalając im w najmniejszym stopniu na współdecydowanie o kierunku rozwoju kolonii i w przeciwieństwie do pierwszych kolonizatorów nie mogą ze względów medycznych wsiąść na statek i polecieć na Ziemię. Autor doskonale pokazuje tutaj frustrację i gniew wynikające z życia w miejscu, które miało być nowym początkiem, a stało się kolejnym systemem opartym na nierównościach i kontroli. Dodatkowo, umiejętność wzniecania rewolucji, na którą decydują się młodzi Marsjanie, nie jest im do końca znana i trzeba się jej nauczyć, a do tego są potrzebne źródła. Jedynym źródłem, którym dysponują urodzeni na Marsie buntownicy jest internet, w całej swej okazałości - razem z filmami czy książkami publikowanymi przez terrorystów. Brak łączności z ziemską ciągłością kulturową i historyczną powoduje, że „dzieciaki” z Marsa stworzyły hybrydę, która nie dała im satysfakcji, jednocześnie wymykając się spod kontroli. Jak się łatwo domyślić, skutek jest tragiczny.
Żeby nie było, że nad książką roztaczam same peany, nie jest ona bez wad. Ponad tysiąc stron robi swoje i momentami historia potrafi przytłoczyć. Ilość bohaterów, wątków, informacji jest ogromna, a naukowe podejście autora, które w ogólnym rozrachunku uznaję za plus powoduje, że zostajemy miejscami zasypani technicznymi szczegółami z biologii, medycyny, fizyki, czy polityki. Z jednej strony nie są to elementy wrzucone po to żeby mądrze wyglądało, z drugiej można je byłoby okroić bez straty dla opowieści, a z ulgą dla czytelnika.
Mimo tego Kolonia robi ogromne wrażenie rozmachem i konsekwencją w budowaniu świata. To książka ciężka, momentami duszna i bardzo pesymistyczna, ale właśnie dzięki temu jest tak dobra. Kidruk pokazuje przyszłość, która nie wydaje się odległą fantastyką, tylko logicznym rozwinięciem problemów, które już dziś istnieją. Kolonizacja Marsa nie staje się tutaj wybawieniem dla ludzkości -jest raczej próbą ucieczki przed własnymi błędami, które i tak wracają razem z człowiekiem.
To jedno z ciekawszych współczesnych hard SF, jakie ostatnio trafiło na polski rynek. Monumentalne, ambitne i miejscami przytłaczające, ale jednocześnie bardzo angażujące. Książka zdecydowanie wymaga czasu i skupienia, ale jeśli ktoś lubi science fiction oparte bardziej na społeczeństwie, polityce i realistycznej wizji przyszłości niż na samej akcji, to trudno przejść obok niej obojętnie
