Była "Kobieta z kabiny dziesiątej", która całkiem niedawno doczekała się ekranizacji, teraz pora na "Kobietę z pokoju jedenastego" i wielki powrót bohaterki serii, dziennikarki Lo Blacklock.
Mija dziesięć lat od dramatycznych wydarzeń na pokładzie Aurory, o których Lo napisała książkę, narażając się tym samym kilku wpływowym ludziom. Dziś pochłania ją głównie życie rodzinne, więc gdy otrzymuje zaproszenie na wielkie otwarcie ekskluzywnego hotelu nad Jeziorem Genewskim oraz zamówienie na wywiad na wyłączność z jego enigmatycznym właścicielem, Blacklock widzi w tym idealną okazję, by upiec dwie pieczenie na jednym ogniu i bez chwili wahania przyjmuje tę ofertę.
Tym razem miejscem akcji jest luksusowy hotel, na który stać tylko wybranych. Położenie w szwajcarskich Alpach gwarantuje prywatność i dyskrecję, co dla ludzi z pewnych kręgów bywa na wagę złota. "Władza to naprawdę mocna używka, z której bardzo trudno zrezygnować". Są lepsi i 'lepsiejsi' - tych drugich należy się obawiać najbardziej, bo bez oporów sięgają po to, czego zapragną, przekonani, że im się to po prostu należy.
Już od momentu wylotu Lo doświadcza wielu niespodzianek – jedne są miłe, inne zdecydowanie mniej – ale wszystkie budzą niepokój i zastanowienie. Szczególnie jeden fakt: dlaczego na tym samym przyjęciu znalazły się aż cztery osoby biorące udział w wydarzeniach z Aurory? Przypadek? Nie sądzę. Przeszłość wraca, by uderzyć ze zdwojoną siłą, a Lo jak zwykle zdaje się być magnesem na wszelkiego rodzaju kłopoty.
Niezmiennie kibicujemy sympatycznej bohaterce, po raz kolejny uwikłanej w śmiertelnie niebezpieczną intrygę. Sprawnie poprowadzona akcja i jej zaskakujące zwroty gwarantują sporo emocji, a atmosfera luksusu, tajemnic i niedopowiedzeń stanowi idealne tło dla kolejnego thrillera Ruth Ware.

