Trzy kobiety. Trzy historie. Trzy tragedie. A może trzy nowe początki? Słoneczna Kalifornia, tętniące życiem lata sześćdziesiąte i zbrodnie. A wszystko to podlane nutą melancholii. Oto „Klub żon seryjnych morderców”, powieść Elizabeth Arnott, która ukazała się nakładem Wydawnictwa Poznańskiego. Lektura łącząca w sobie kryminalny sznyt i obyczajowy portret Ameryki sprzed kilku dekad. Czy to trafne połączenie?
Beverley, Elsie i Margot – trzy kobiety, które los połączył ze sobą w zupełnie nieoczekiwany sposób. Otóż wszystkie one były żonami… seryjnych morderców. I nie ma znaczenia to, że żadna z nich nie wiedziała, czym w wolnym czasie parał się jej małżonek – wyroki zapadły, a społeczeństwo dawno już je osądziło. Przecież nie mogły nie wiedzieć? Nie mogły jeść, spać i żyć pod jednym dachem z kimś, kto był psychopatą i być kompletnie nieświadome, prawda? Ludzie wiedzą lepiej. Tak więc żyją one zgodnie pod pręgierzem publicznych spojrzeń. Do wszystkiego można przywyknąć. Ich dość uporządkowane, mimo wszystko, życie zmienia się, gdy w okolicy dochodzi do tragicznych zgonów młodych kobiet. Policja lekceważy powiązania, ale Beverley, Elsie i Margot wiedzą, że to nie może być przypadek. W ich głowach szybko rodzi się teoria, że na spokojnym przedmieściu szaleje niebezpieczny morderca. A kto lepiej niż byłe partnerki psychopatów może zająć się tropieniem szaleńca? Czy misterny plan wytrzyma konfrontację z rzeczywistością? Co stanie się, gdy złowieszczą grę podejmą wyjątkowo zdeterminowane kobiety
Powietrze pachnie tu słońcem. Kolory lata roztaczają niesamowitą aurę. Berryview w Kalifornii przypomina wrota do raju. Senne przedmieście nie przynosi zbyt wielu spektakularnych wydarzeń. Najchętniej tutaj dyskutuje się o innych ludziach, a sąsiedzkie ploteczki są w cenie. Beverley jest kobietą, która idealnie pasuje do tego miejsca. Piękna, zamożna, dawno już pogodziła się ze swoim piętnem – była żoną seryjnego mordercy. Podobnie jak jej dwie przyjaciółki, Elsie i Margot. Połączyła je wspólna tragedia. Wszystkie wiodły zwyczajne, pozornie szczęśliwe życie, którego nic nie wyróżniało. I wszystkie one zostały zdradzone i oszukane, kiedy na jaw wyszła prawda o ich mężach. Wszyscy oni mordowali ludzi. Z różnych pobudek, na różne sposoby. Byli mistrzami kamuflażu. W domu prowadzili normalne życie, a ich żony nie domyślały się z kim tak naprawdę dzielą sypialnię. Każda z nich przeżyła to na swój własny sposób. Każda wybrała inną drogę pokuty. I każda stara się, by dalej móc po prostu żyć, pomimo piętnującej przeszłości. Sądy skazały ich mężów, a sąd ludzki skazał je. Społeczeństwo, ten pełen niejednoznaczności twór, zgodny był w swym wyroku – muszą być winne, musiały wiedzieć. Trzy kobiety, które wspólnymi siłami starają się tkać swój los, przypadkowo natrafiają na ślad seryjnego mordercy. I wiedzą, że mimo licznych przeszkód, nie mogą odwrócić wzroku. Nie one. Rozpoczyna się dramatyczna pogoń za kimś, kto ludzkie życie ma za nic. Za kimś, kto wodzi za nos policję. Za kimś, kto nie wie, jak niebezpieczne rywalki depczą mu po piętach…
Elizabeth Arnott napisała powieść, której fabuła zaskakuje swoją niekonwencjonalnością. Chyba nie da się nie polubić tych trzech bohaterek, mimo że każda z nich jest inna. Każda opowiada swoją własną historię. Mają jednak te historie wiele ze sobą wspólnego, a te cechy to: społeczny ostracyzm, małostkowość z jaką traktowane są żony zabójców i smutna refleksja nad losem kobiet w latach sześćdziesiątych. Z jednej strony to przecież przełomowa dekada, która przyniosła seksualną rewolucję i feministyczne wyzwolenie. Z drugiej strony jednak, to nadal pokutująca dawnymi poglądami kolebka patriarchatu, gdzie rola kobiety jest ściśle określona. Tę hipokryzję Arnott bardzo przekonująco ukazuje właśnie na przykładzie sylwetek stworzonych przez siebie postaci. Nie są to kobiety z nizin, gospodynie domowe czy robotnice. To kobiety, które z pozoru odniosły sukces. Miały niezależne zawody lub siedziały w domu z wyboru. Pozwalał im na to status ich mężów. Zamożnych, dobrze ustawionych w społecznej hierarchii, godnych zaufania. Teraz, kiedy ich mężowie odsiadują wyroki, te kobiety nadal próbują utrzymać się na powierzchni, a społeczeństwo robi wszystko, by im to uniemożliwić. „Klub żon seryjnych morderców” jest chyba pierwszą powieścią, która porusza zagadnienie ofiar i rodzin morderców w tak rozległy sposób. Autorka połączyła kilka elementów, które razem zbudowały naprawdę udaną całość. Można tę książkę określić jako powieść obyczajową z kryminalnym wątkiem. I taka kategoryzacja będzie chyba najbliższa prawdzie. Ma ta opowieść w sobie jednak znacznie więcej. To dość dramatyczny portret amerykańskiej hipokryzji, tendencji do upiększania tego, co obrzydliwe i gloryfikowania zła. „Klub żon seryjnych morderców” jest także manifestem walki o prawa kobiet O równość, godność i prawo do tego, by być ocenianym za własne czyny, a nie cudze. Osadzenie akcji w Kalifornii lat sześćdziesiątych staje się punktem odniesienia, magiczną granicą.
Przeżyły wiele, nauczyły się żyć pod ciągłym ostrzałem ludzkich spojrzeń i języków, przystosowały się jak kameleony. Ciągle potrafią się uśmiechać, chociaż życie obeszło się z nimi wyjątkowo podle. Kiedy przychodzi czas próby, to właśnie one sięgają po oręż. Gdy policja lekceważy zaginięcia młodych kobiet, ocenia je i stygmatyzuje, to one podejmą nierówną walkę. Te kobiety nie mają już nic do stracenia, a nie ma większej determinacji niż wściekłość. Amerykańska opowieść o tym, jak łatwo jest ferować wyroki. O tym, jak życie potrafi być złośliwym kuglarzem. I sile kobiecej przyjaźni, której nie straszne są konserwatywne mury. Arnott wykreowała trzy wspaniałe bohaterki. Daleko im do super women. One po prostu mają już dość. Gotowe są postawić na szali wszystko, co im pozostało. Frustracja, niezgoda i walka o sprawiedliwość stają się ich bronią. Nikt nie chciałby stanąć im na drodze.
Przepełniona kalifornijskim klimatem, chwilami smutna, a chwilami zabawna opowieść, w której główne skrzypce grają kobiety. Dla kobiet, które lubią ciekawe i zaskakujące historie. Być może i wy wstąpicie do tego klubu.
