„Kairos”, bóg szczęśliwej chwili, ma, jak powiadają, długi lok nad czołem, można go uchwycić jedynie za ten kosmyk.”[1]
Młoda dziewczyna i starszy od niej mężczyzna. Taki, który mógłby być jej ojcem. Widzą się po raz pierwszy w autobusie. Na zewnątrz pada deszcz. Wysiadają i stają pod wiaduktem. Uśmiechają się do siebie, po czym idą w tym samym kierunku. Wszystko potoczy się tak, jak miało się potoczyć. Ale czy rzeczywiście? On jest pisarzem, ma żonę i syna, a w łóżku wiele kochanek. Ona ma dziewiętnaście lat i dopiero wkracza w dorosłe życie. Ona podporządkowuje mu całe swoje istnienie. On podporządkowuje sobie ją.
To historia uczucia, które od początku nosi w sobie zalążek przemocy, choć przez długi czas maskuje się pod postacią intelektualnej bliskości. Miłość stopniowo staje się systemem, który wymaga podporządkowania — z własnymi zasadami, wybuchami złości, oskarżeniami i karą za nielojalność. Hans i Katharina nie wzbudzają sympatii. Ona — przez swoją naiwną uległość, on — przez arogancką, zaborczą męskość. Trudno zrozumieć zaślepienie Kathariny, która pozwala się poniżać i karać, zarówno fizycznie, jak i emocjonalnie. A jednak to właśnie w tej ślepocie odsłania się mechanizm relacji.
Jenny Erpenbeck splata historię miłosną Kathariny i Hansa z końcem pewnego porządku politycznego. Rozpad NRD nie stanowi jedynie tła wydarzeń — jest procesem równoległym do rozpadu relacji, która od początku opiera się na nierówności. „Kairos” to również opowieść o pamięci, zamkniętej w pudłach ze starymi dokumentami i zapiskami. Pamięci pewnej miłości i pewnego systemu.
[1] Jenny Erpenbeck „Kairos”, str. 8

