Twórczość Fernandy Melchor na pewno nie jest dla osób, które w literaturze szukają ukojenia i odprężenia. Tutaj nie ma szczęśliwych zakończeń, miłosnych uniesień ani kolorowych fajerwerków. Jest za to jazda bez trzymanki przez meksykańskie slumsy, narkotykowe omamy i alkoholowe bełkoty. Bohaterowie to ludzie, z którymi większość z nas nie chciałaby mieć do czynienia. Zarabiają na ulicy, sprzedając swoje ciała, a przemocą rozwiązują problemy. I chyba na każdej książce tej meksykańskiej pisarki powinno widnieć ostrzeżenie: „tylko dla czytelników o mocnych nerwach”.
„Fałszywy zając” to pierwsza powieść Fernandy Melchor, która w Polsce ukazuje się po jej „Paradajs” i „Czasie huraganów”. Tutaj zając nie prowadzi bohaterów do Krainy Czarów, lecz do jaskini mroku. Podobnie zresztą jak w jej poprzednich książkach. Andrik uciekł od swojej przemocowej opiekunki, lecz trafił w sidła kogoś niewiele lepszego. Na jego poszukiwanie wyrusza przyszywany brat. Obaj są ofiarami świata, który nigdy nie dał im szansy. Pachi i Vinicio to przyjaciele, którzy spędzają czas, pijąc alkohol i zażywając narkotyki, próbując zagłuszyć codzienną beznadzieję. Każdy z nich marzy o lepszym życiu, ale żaden nie potrafi się z tego błędnego koła wyrwać. Biegną za tytułowym „fałszywym zającem”, wpadając po drodze w coraz większe tarapaty.
Powieść Fernandy Melchor zmusza nas do dokładnego spojrzenia tam, gdzie zwykle odwracamy wzrok. Bieda, przemoc, wulgarny język i brak perspektyw. To Meksyk bez upiększających filtrów. W tym świecie marzenia się nie spełniają, a każda iskierka nadziei gaśnie szybciej niż papieros wypalany na rogu ulicy. Melchor pokazuje, że język nie zawsze musi być piękny, a literatura czasem ma po prostu boleśnie otwierać oczy.
