Nareszcie doczekałam się książki, której akcja rozgrywa się w moich okolicach – poziom ekscytacji – level hard. Mowa tutaj o najnowszej powieści Klaudii Muniak pt. "Drugie dno".
Gdy po wezwaniu do wypadku przy Studni Szpatowców w Podlesicach ratownicy z GOPR wchodzą do jej wnętrza, znajdują w środku nie jedno, lecz dwa ciała. Ta szczególnie niebezpieczna grota ma bogatą historię śmiertelnych wypadków...
Tereny, które opisuje Muniak, są mi szczególnie bliskie, dreptam po nich wytrwale z ogromnym zapałem, zachwytem i miłością. Nie dziwne więc, że i książkę czytałam jak zaczarowana, nie mogąc ani na chwilę się od niej oderwać. Na dodatek intryga rozwija się w zupełnie nieoczekiwanym kierunku, a ja uwielbiam takie plot twisty! Fabuła została dopracowana z ogromną precyzją i dbałością o każdy szczegół. Nie muszę chyba dodawać, że dzięki tym zabiegom nie zasnęłam, póki moja ciekawość nie została w pełni zaspokojona.
Doceniam znakomity zmysł obserwacji i zdolność kreowania postaci z krwi i kości. Wielowymiarowość i autentyczność to coś, co w kreacji bohaterów cenię najbardziej, a tu miałam przyjemność doświadczyć tego w całej okazałości. Autorka nie byłaby jednak sobą, gdyby nie przemyciła jakiejś ciekawostki ze świata medycyny, tutaj jest to choroba genetyczna zwana dystrofią mięśniową Beckera.
"Drugie dno" to nie tylko trzymający w napięciu soczysty kryminał, ale przede wszystkim hołd dla pełnej wyrzeczeń ofiarnej służby ratowników Górskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego.
Gorąco polecam i książkę i spacery po Jurze.

