Doktor sen. Stephen King. Prószyński i S-ka 2013
"Doktor Sen" był jedną z najbardziej oczekiwanych przeze mnie premier w tym roku. Było to głównie spowodowane wrażeniem, jakie wywarło na mnie kilkanaście lat temu "Lśnienie", którego "Doktor Sen" jest kontynuacją. Choć, przyznam, po tylu latach nie pamiętam już "Lśnienia" w najdrobniejszych szczegółach to jednak emocje z jakimi miałam do czynienia podczas czytania, przypominam sobie bardzo dobrze. Z tego właśnie powodu z wielką niecierpliwością oczekiwałam na przesyłkę z wydawnictwa Prószyński i S-ka...
Gdy wreszcie trafiła w moje ręce, okazało się, że do książki dołączona jest czarna, duża koperta. List, który się w niej znajdował, to słowa Stephena Kinga, które można znaleźć także w posłowiu książki, mówiące o tym, co skłoniło go do napisania kontynuacji "Lśnienia". Wiadomo, czysty zabieg marketingowy, ale jakże skuteczny! Pragnienie, aby jak najszybciej zacząć lekturę, stało się jeszcze większe. Oczywiście, zastanawiałam się czy "Doktor Sen" mnie nie zawiedzie, czy ten cały medialny szum wokół książki nie okaże się lipą, czy w ogóle pomysł z napisaniem kontynuacji wypali. Na szczęście, wszystkie moje obawy, gdy tylko zaczęłam poznawać historię Dana Torrancea, okazały się bezpodstawne. Pomysł wypalił, i to jak!
Choć, muszę przyznać, nie od pierwszych stron dałam się porwać Kingowi...jednak gdy dotarłam do TEGO momentu, oderwać się od czytania już nie mogłam. Nie było to żadne decydujące czy konkretne miejsce w całej historii, mam na myśli bardziej samo uczucie, które pojawia się w trakcie czytania od którego to czytana książka staje się ważniejsza niż codzienne obowiązki, staje się wręcz obsesją.
Stephen King wielkim pisarzem jest. Zdecydowanie potwierdził to "Doktorem Snem". I nie ma co się długo nad tym rozwodzić. Tę książkę trzeba po prostu przeczytać.
/MC/
