O tym, że „na tym świecie pewne są tylko śmierć i podatki" boleśnie przekonała się Elfriede Jelinek, wobec której przez wiele lat toczyło się śledztwo podatkowe. Na jej trop wpadli niemieccy urzędnicy skarbowi, a wszystko zaczęło się od pozornie błahej kwestii: posiadania dwóch miejsc zamieszkania — jednego w Wiedniu, drugiego w Monachium.
Konfiskata notatek, dokumentów, sprawdzanie maili i dysków twardych. Poszukiwanie brakujących dwustu tysięcy i groźba więzienia. Jelinek nie pozostała dłużna — broń naładowała słowami, i to traumatyczne doświadczenie przekuła w literaturę, która celuje w najbardziej czułe punkty systemu.
Tym razem głównym celem Elfriede Jelinek, nadwornej Nestbeschmutzerin (czyli tej, która kala własne gniazdo), stają się Niemcy — kraj, w którym za fasadą równości i praworządności nadal ukrywają się mechanizmy opresji oraz panuje ciągłość nazistowskich elit. Niesłuszne oskarżenie o oszustwo podatkowe staje się tylko punktem wyjścia do szerszej refleksji nad władzą i przemocą, jakiej poddawana jest jednostka.
W „Danych odosobowych" Jelinek pisze także o swoich żydowskich przodkach — o wypędzeniach, prześladowaniach, zagładzie. O tych, którym odebrano wszystko. Pisarka przekształca własne doświadczenie urzędniczej przemocy w głębszą opowieść o wykluczeniu i niesprawiedliwości. O świecie, w którym są równi i równiejsi.
Najnowsza książka noblistki to krzyk sprzeciwu — monolog, który pędzi jak pies spuszczony ze smyczy. Jest dużo wściekłości, ale też ironii, humoru i kokieterii. Jak tu u Jelinek. To tekst, który przez potok słów nie daje wytchnienia, ale właśnie o to tutaj chodzi —nie dać się uciszyć i językiem zaatakować tych, którym się należy.

