Idąc nad moją rzeczkę szłam najpierw lasem. Krótki odcinek, jednak nawet w dzisiejszym upale dawał ochłodę i było przyjemnie. Następnie skierowałam się chodnikiem wzdłuż ulicy i tu przestało być miło, powietrze aż parzyło. W końcu doszłam do niej i znów odzyskałam chwilę oddechu, rzeka porośnięta bujną roślinnością jawiła się oazą.
Mam ogromny szacunek do lasów, wód, gór i wszelkich form, w jakich natura się przejawia. Dlatego "Czy rzeka żyje?" Roberta Macfarlane uwiodła mnie czułym spojrzeniem na płynące wody, które są tak bardzo życiodajne. Autor oddaje głos rzekom, wychodząc z przekonania, iż żyjemy w świecie polifonii, a zarazem w takim, w którym większości ziemskich istot - ludzi oraz bytów innych niż ludzkie odmawia się głosu. Przecież i my jesteśmy pełni wody, która płynie w nas i przez nas przepływa. Gdy biegniemy, jesteśmy rzekami.Gdy siedzimy, sadzawkami (...) i byliśmy pływakami zanim zamieniliśmy się w piechurów. Jak jednak zacząć choć rozważać myśl, iż rzeka żyje nie tylko w rozumieniu bycia środowiskiem życia, ale iż jest sama w sobie ożywiona? Ta książka do tego zachęca i przepięknym językiem prowadzi nas historiami (niejednokrotnie trudnymi) i podróżami ku rzekom i rzekami, pokazując jak bardzo żyją.
Książka intensywna, odważna, obrazowa, wystawiająca na próbę racjonalizm i przekonania, podważająca to, na czym zbudowana jest powszechna narracja. Książka-hołd i nadzieja, że rzeka może pokazać, że żyje i zostać przyjęta. "Pieśń rzeki jest pieśnią pieśni".
