Mam ogromny problem z książką Nicoli Lagioia, opowiadającą o morderstwie, które nie miała sensu, było dziełem przypadku i zszokowało wszystkich. A mam z nią problem, ponieważ jest bardzo nierówna.
Ciao amore, ciao. Morderstwo w Rzymie to historia zbrodni, która wydarzyła się 4 marca 2016 roku. Zginął młody chłopak, Luca Varani, zabity przez dwóch mężczyzn, których (przynajmniej teoretycznie) nic z sobą nie łączyło. Do tego stopnia, że część ich znajomych była bardzo zaskoczona, że się w ogóle znali. Gdy na jaw wychodzi co i jak zrobili, wstrząśnięci są już nie tylko ich znajomi, ale i cały Rzym.
Pierwsza część książki niesamowicie wciąga, Lagioia doskonale buduje napięcie, dzieli się ze swoim czytelnikiem jedynie urywkami informacji, dzięki czemu chce się czytać więcej, by w końcu zrozumieć, co się tak naprawdę wydarzyło. Bardzo dobrze kreśli i opisuje postaci tych, którzy dokonali zbrodni (czyli Marco Prato i Manuela Foffo) i tego, który stał się ich ofiarą oraz ich rodzin i tego jak sobie (nie)radziły z tą tragedią. Opisuje pierwsze wywiady, których udzielały rodziny, pierwsze reakcje, oskarżenia i plotki. Świetne oddaje atmosferę tych pierwszych dni i to, jak cały Rzym aż wibrował od informacji, które ciągle napływały w tej sprawie. Bardzo dobrze odmalowuje też reakcje Manuela i Marco, które były skrajnie różne, przez co czytelnik nie wie, komu zaufać, komu współczuć.
Warto też zauważyć, że Lagioia sprawia, że Rzym staje się osobnym bohaterem tej opowieści. I nie jest to „wieczne miasto”, jakie wyobrażają sobie turyści, ale źle zarządzane, brudne i niebezpieczne miejsce, które owszem, ma swój urok i historię, ale nie jest miłym i przyjaznym miejscem dla tych, którzy znają je choć trochę lepiej.
Niestety druga część tego reportażu dość mocno odstaje poziomem od pierwszej. Przede wszystkim, za dużo jest w niej samego autora. Lagioia opowiada o swoich emocjach, powodach podejmowanych decyzji, poświęca cały rozdział na wspominki. Jest tego za dużo. Czytając reportaż na konkretny temat, właśnie tego oczekuję – reportażu na konkretny temat, a nie quasi biograficznych wstawek autora, które nie zawsze mają coś wspólnego z głównym nurtem narracji.
Druga część jest też zdecydowanie za długa. I o ile można zrozumieć, że Lagioia chciał przedstawić Marco, Manuela i Lucę jak najbardziej kompletnie, to jednak ilość rozmów, jakie przeprowadził i to, że nie zawsze dostarczają one jakichś nowych szczegółow sprawia, że całość zaczyna się rozmywać, trudno utrzymać skupienie i zainteresowanie. W całość wdziera się chaos, który momentami do niczego nie prowadzi. Lagioia wprowadza też postać „holenderskiego turysty”, która pojawia się bardzo sporadycznie i nie ma nic wspólnego ze zbrodnią. Nie jestem pewna, czy to, co robi ten turysta ma pokazać, jak bardzo Rzym jest zdeprawowany. Jeśli tak, to tym bardziej był niepotrzebny, ponieważ czytelnik od pierwszych stron doskonale wie, co ma o tym mieście myśleć.
Ciao amore, ciao. Morderstwo w Rzymie to historia, która została opisana w rozczarowujący sposób. Nicola Lagioia chciał stworzyć reportaż, który będzie jednocześnie opowieścią o Rzymie, o nim samym, o zbrodni, moralności, nakręcaniu afer przez media etc. Niestety przez to całość wyszła chaotycznie i momentami nieciekawie. A szkoda, bo początek jest naprawdę świetny i dużo można sobie po nic obiecać
