Koty to najbliższe mojemu serca zwierzęta, które towarzyszyły mi w dzieciństwie. Książka "Chyba nie jestem Bogiem" Stefanii Gander przypomniała mi, jak to było być właścicielką kociaka.
Zabrali mnie siłą, łapiąc znienacka za kark! A potem zamknęli w ekskluzywnym więzieniu i zaczęli tuczyć. Byłem pewny, że chcą mnie zjeść. Nazwali mnie Nie. Specyficzne imię, ale o gustach nie będę dyskutował. Istnieje też szansa, że jestem Bogiem, bo wykrzykują to słowo, gdy tylko mnie zobaczą. Dwunodzy nie mają serc. Każą sypiać małej dwunogiej zupełnie samej w łóżeczku. A co, gdyby w pobliżu zjawiła się jakaś groźna bestia? Postanowiłem już zawsze czuwać u stóp Alicji. Chociaż może jednak mają jakieś uczucia? Czasami z ich oczu wypływają krople słonej wody, a wtedy inni natychmiast mówią „niepłacz”. Ale dzisiaj po raz pierwszy widzę wszystkich dwunogich pogrążonych w niepłaczu i nikt nic nie mówi. Tylko siedzą nad pustym kocim legowiskiem i milczą.
Jest to krótka historia napisana z perspektywy kota, a jednocześnie treściwa w swojej formie i momentami wzruszająca. Sceny, kiedy zwierzę odchodzi, przypomniały mi chwile, gdy sama przeżywałam chorobę i nachodzące odejście mojej kotki, która dorastała ze mną od szóstego roku życia i odeszła, gdy wyprowadziłam się z rodzinnego domu. Dla wielu właścicieli śmierć ich pupila to smutne, a niekiedy traumatyczne wydarzenie, które zostaje w pamięci.
Historia kota z "Chyba nie jestem Bogiem" to jednak nie tylko smutne sceny, ale też te śmieszne i wesołe. Otulają serce i wywołują uśmiech na twarzy. Mimo że książka do przeczytania jest w godzinę, to ta historia potrafi poruszyć wrażliwą strunę w ludzkim sercu. Polecam każdemu, zwłaszcza fanom kotów i innych domowych zwierzaków.
