Rzadko mi się zdarza tak pokochać pierwszy tom serii, że wyczekuję drugiego przez cały rok i nie mogę się doczekać, aż wreszcie go przeczytam! Kiedy tylko pokazał się "Buntownik i róża" wiedziałam jednak, że muszę odświeżyć sobie "Sztylet i płomień", a potem od razu przeczytać dalsze losy Seraphine i Ransoma.
Seraphine Marchant razem z Zakonem Płomieni rozprowadza powoli Ognik – antidotum na Mrok – po Fantome. Sama próbuje okiełznać magię, którą zdobyła rażona piorunem tamtej pamiętnej nocy, zanim runęła wieża Aurory i musiała opuścić miasto. Przeznaczenie ściąga ją jednak do Fantome, gdzie czeka na nią Ransom Hale ze swoim Zakonem Sztyletów, ale również sam król ze swoim zadaniem dla obu Zakonów. Seraphine i Ransom muszą działać wspólnie, choć wiedzą, że powinni trzymać się z daleka od siebie. Tymczasem w królestwie zaczynają krążyć plotki o Świętym ludu i buntownikach, a wszystko zmierza do rewolucji...
Nie mogłam się doczekać powrotu do Fantome i do bohaterów, których pokochałam. Drugi tom mnie nie rozczarował – może tylko tym, że teraz musimy czekać na ostatni, finałowy. Już w połowie fabuły czułam, że autorka nie da rady zakończyć tej historii w tej części, bo wyszłoby to serio kiepsko, także chwała jej za to, że napisała jeszcze jedną część, na którą pewnie znowu będziemy musieli tak długo niestety czekać.
Reread "Sztyletu i płomienia" to był z mojej strony dobry pomysł, ponieważ parę szczegółów mi się zatarło, a tak bez problemu wkroczyłam w fabułę "Buntownika i róży". W tym tomie mamy zdecydowanie motyw rewolucji i buntu, a najbardziej skupiamy się na nowej erze Świętych, którzy powstali za sprawą magii. Kilku plot twistów się domyśliłam, ale nie postrzegam tego za minus. Sama akcja była, jak poprzednio, świetnie poprowadzona i musiałam się zmuszać, by nie przeczytać tego na raz. Takimi książkami trzeba się delektować, a nie połykać na jednym posiedzeniu, ponieważ wyczekiwanie na finał będzie jeszcze gorsze.
Dalej uwielbiam Seraphine i Ransoma, ich relację i chemię, która przeradza się w miłość. Są swoimi rywalami, a zarazem sojusznikami. W tym tomie mocno też polubiłam Theo i jego wątek jako potomka braci Versini. Mam nadzieję, że w ostatniej części jeszcze bardziej zgłębimy go jako bohatera. Natomiast książę Andres…oj dawno tak się nie chciało fikcyjnej postaci zrobić krzywdy!
Dla mnie ta seria jest dalej rewelacyjną i jedną z lepszych z motywem enemies to lovers. Serdecznie polecam się zapoznać z pierwszym tomem i od razu zaopatrzyć się w drugi. Obyśmy jak najszybciej otrzymali finałowy!
