„Brylantowy miecz, drewniany miecz t.1”, Nik Pierumow, wyd. Fabryka Słów, Lublin 2011
Jedna z dwóch pierwszych myśli, jakie przyszły mi do głowy, gdy po raz pierwszy ujrzałem zapowiedź „Brylantowego miecza, drewnianego miecza” - a konkretnie znaczek świadczący o tym, że mam do czynienia z tomem opatrzonym numerem 1 - brzmiała mniej więcej: kolejna niekończąca się opowieść. Wygląda na to, iż nie sposób zostać liczącym się pisarzem fantasy bez umieszczenia w swojej bibliografii „epickiego” tasiemca. Trudno jednoznacznie ocenić to zjawisko. Jeśli autorowi uda się stworzyć ciekawy, wypełniony barwnymi postaciami świat, wtedy oczywiste wydaje się pragnienie czytelnika, by w takim uniwersum gościć jak najczęściej.
W końcu dobrych pomysłów nigdy dość. Z drugiej strony, proszę wyobrazić sobie frustrację fanów „Pieśni Lodu i Ognia” Georga Martina – tam przerwa między wydaniem „Uczty dla wron” a „Tańca ze smokami” wyniosła sześć lat. Zdarza się też tak, że o autora, znajdującego się w trakcie pisania dzieła swojego życia, upomni się kostucha – tak było ze zmarłym w 2007 roku Robertem Jordanem, który osierocił kultowe „Koło Czasu”. Trudno więc dziwić się osobom, które nie sięgają po dany cykl dopóty, dopóki na księgarnianych półkach nie pojawi się ostatni, definitywnie zamykający opowiadaną historię tom.
Cóż, wyznawcy opisanej przed chwilą zasady właściwie dzieło Nika Pierumowa mogą sobie odpuścić. Wydana w 1998 roku powieść stanowi ledwie pierwszą część pierwszego tomu „Kronik przełomu” (całość zaś składa się z ośmiu tomów). I choć same „Kroniki…” zawierają w sobie dwa pod-cykle, które można czytać niezależnie od siebie, to jednak nie da się przygody ze światem wykreowanym przez rosyjskiego pisarza ograniczyć wyłącznie do „Brylantowego miecza…” – wątki urywają się nieukończone, pozostawiając uczucie niedosytu, które zaspokoić da się wyłącznie lekturą kontynuacji przygód Agaty, Fessa, Tavi i spółki.
„Brylantowy miecz, drewniany miecz” to fantasy klasyczna aż do bólu: wielkie Imperium
o zdecydowanie ekspansywnych ciągotach; tajemnicza organizacja magów, trzęsąca połową cywilizowanego świata; potężne, starożytne artefakty, stanowiące obiekt westchnień wszystkich liczących się w powieści graczy; nieśmiertelny motyw „ludzie kontra pozostałe rozumne rasy” – brzmi to wszystko dość znajomo, prawda? Nie sposób doszukać się w książce Pierumowa jakiegoś naprawdę oryginalnego pomysłu, ale – jako że człowiek optymistycznie nastawiony do życia we wszystkim potrafi dostrzec pozytywną stronę – ma to swoje plusy: już po pierwszych stu stronach czytelnik zaczyna czuć się w uniwersum stworzonym przez autora jak u siebie w domu. Pierumow nie popada
w wielostronicowe dygresje na tematy nie mające wiele wspólnego z fabułą. Opisy dotyczące historii, religii, czy hierarchii społecznej panującej w granicach Imperium (a także poza nimi) nie są ani za krótkie, ani za długie, udało się więc zachować w tym aspekcie złoty środek. Ma to oczywiście znaczący wpływ na to, że „Brylantowy miecz, drewniany miecz” czyta się szybko i z prawdziwą przyjemnością.
Na wielkie uznanie zasługuje sposób, w jaki Pierumow stara się uwiarygodniać zachowanie swoich bohaterów. Jeśli Fess, szpieg działający na usługach Szarej Ligi, bez chwili wahania rzuca się w wir nawet najbardziej niebezpiecznej i absurdalnej misji, to dzieje się tak nie dlatego, iż takie „widzimisię” miał autor, lecz znajduje swoje odzwierciedlenie w charakterze, poglądach i przeszłości tej konkretnej postaci: odpowiednio wcześniej dowiadujemy się o wpływie nadopiekuńczej ciotki, braku zgody na ingerencje we własny los przez osoby trzecie, pogardzie, z jaką Fess myślał o cichej, spokojnej egzystencji w rodzinnej Dolinie, wreszcie o pragnieniu przeżycia przygody w skromnym, żołnierskim uniformie.
Pozostaje już tylko odpowiedzieć na ostatnie pytanie: biec do księgarni i kupować? Pozostawiam wybór Tobie, drogi czytelniku. Jeśli nie cierpisz na brak gotówki, przerobiłeś całą klasykę spod znaku magii i miecza, a na „Taniec ze smokami” masz już dość czekania, to nie krępuj się i postaw „Brylantowy miecz, drewniany miecz” na swojej półce. Że nie zachwyci i nie powali na kolana? Cóż, nie samymi przełomowymi książkami człowiek żyje.
Michał Smyk