Zapach prawdy. Iga Karst. Szara Godzina 2018

Zapach prawdy - Iga Karst

Kinga rozglądała się po oranżerii. Wilgotność powietrza sięgała stu procent. W mokrej duchocie oddychało się z trudem. Odurzający zapach storczyków równocześnie zachwycał i przytłaczał intensywnością. Wśród soczystej zieleni liści wibrowały: żółcie, róże, pomarańcze, czerwienie i purpury. Pędy z setkami drobnych kwiatów przypominały stada motyli. Pomiędzy nimi od najmniejszych podmuchów powietrza drgały gałązki Adiantum. Kompozycję uzupełniały wielkokwiatowe Phalaenopsis i Cattleya. Można było poczuć się jak w deszczowym lesie Amazonii.

Anita postanowiła wrócić do wcześniej porzuconego tematu.

– Zastanówmy się, o co chodzi z notatką profesora o czarnej orchidei. Dlaczego policja się tym interesuje?

– Poczekaj… Żeby była jasność… – powiedziała Kinga. – Nie jestem pewna, czy policja interesuje się napisem z notesu. Czy w ogóle o nim wie. Policjant, który mnie przesłuchiwał, zapytał, czy profesor mógł odkryć czarną orchideę. Od razu skojarzyłam to z tym napisem. Ale nie wiem, dlaczego policjant pytał mnie o czarną orchideę.

– Może ma brakującą kartkę z notesu – podsunął Sebastian.

Anita nie spuszczała wzroku z Kingi.

– Co odpowiedziałaś policji? – spytała.

Fajkowska wzruszyła ramionami.

– Roześmiałam im się w twarz. Adam nie mógł wyhodować czarnej orchidei. Taki storczyk nie istnieje. Rośliny nie wytwarzają czarnego barwnika.

– Są przecież czarne tulipany, petunie, róże – zaoponował Korczyński.

– Mhym – potwierdziła Kinga. – Tak jak czarne orchidee.

– Widziałem w katalogu z cebulkami tulipanów…

Fajkowska zbyła go machnięciem ręki.

– Bujda na resorach z tymi tulipanami – skomentowała krótko. – Znam nawet kilka konkretnych orchidei sprzedawanych jako czarne. Na przykład Monnierara Millennium Magic „Witchcraft” albo Maxillaria schunkeana. Wspaniałe rośliny. Na zdjęciach wyglądają jak czarne. Ale w rzeczywistości czarne nie są. Są ciemnopurpurowe. Tak samo jak czarne róże, czarne tulipany, petunie czy bratki. Jeżeli przyjrzelibyście się im z bliska, zobaczylibyście bardzo ciemny, bordowy kolor. Bliski czerni. Bliski czerni, ale nigdy czarny. Czarne kwiaty nie istnieją. Koniec i kropka. Po temacie.

– A… tak czysto hipotetycznie… – zaczęła Anita.

– No… – Kinga zachęciła ją do dalszego mówienia.

– Załóżmy, że gdzieś tutaj znajduje się czarna orchidea. Czy byłabyś w stanie nam ją wskazać?

– Storczyki dzielimy na oznaczone i nieoznaczone hybrydy. Nieoznaczone hybrydy to takie jakby kundelki. Niegatunkowe mieszańce. Storczyki oznaczone to z kolei takie, które mają swoją konkretną nazwę. Często też podaje się ich pochodzenie, czyli gatunki rodziców. Te wszystkie informacje zapisuje się na małych plakietkach wtykanych do doniczek.

Kinga wyjęła z jednej z doniczek plakietkę i pokazała Anicie.

– A gdyby roślina nie miała opisu, to byłabyś w stanie określić, jaki to gatunek?

– Pełna identyfikacja jest możliwa tylko wtedy, kiedy mamy do dyspozycji całą roślinę. To znaczy, że musimy trafić na moment, kiedy kwitnie. Rzut okiem na same liście najczęściej nie wystarczy, żeby poprawnie zaklasyfikować dany okaz.

– Więc… Czysto teoretycznie… Gdyby profesor z jakiegoś ważnego egzemplarza wyjął plakietkę identyfikacyjną i postawił tego kwiatka między innymi storczykami bez plakietek, to nie dałoby się tego ważnego egzemplarza namierzyć gołym okiem?

– Tak. Ale jeśli myślisz, że ukrył tu czarną…

Anita stanowczo ucięła.

– Nie! Przyjęłam do wiadomości twoje wyjaśnienia. Zastanawiam się tylko nad tym, co profesor mógłby nazwać „czarną orchideą”. I przyszło mi coś do głowy. Mógłby to być jakiś szczególny egzemplarz storczyka. Niekoniecznie z czarnymi kwiatami. Cenna sadzonka, o której profesor mógłby w przenośni mówić „czarna orchidea”.

– Rozumiem. Chodzi ci cenną orchideę, która wcale nie ma czarnych kwiatów?

– Tak.

Kinga, stojąc nieruchomo, przesunęła wzrokiem po roślinach. Wyraźnie zastanowiło ją to, co powiedziała Anita. Po krótkiej chwili poruszyła się i zrobiła krok w tył. Dała tym do zrozumienia, że całkowicie dystansuje się od tego pomysłu.

– Adam twardo stąpał po ziemi – powiedział sceptycznie.

– Nie bujał w obłokach. Nie interesowały go bajdy o jednorożcach albo zgrajach krasnali. Nie rzucał się w pogoń za mitami. Nie biegał po dżungli w poszukiwaniu nowych, nieodkrytych gatunków storczyków, żeby mieć co nazwać swoim nazwiskiem. Zamiast tego robił racjonalne plany i krok po kroku je realizował. – Zrobiła pauzę.

– Nie zależało mu na domowej uprawie ekstra rzadkich gatunków. Może to zabrzmi dziwnie, ale prawda jest taka, że storczyki już dawno mu spowszedniały. Co nie znaczy, że przestał je podziwiać. Ale człowiek, który w życiu widział tyle co on, nie będzie wypruwać sobie żył po to, żeby mieć na własność taką czy inną orchideę. Nie było mu to do szczęścia potrzebne. Pomyślcie o tym kwiatku w wiaderku po śledziach. Niejeden kolekcjoner zapłaciłby za niego krocie. A Adam nawet go nie zasadził.

– Może nie zdążył – powiedziała Anita.

– Możliwe. Możliwe też, że chciał go komuś podarować. Nie będziemy tego teraz rozstrzygać, bo nie w tym rzecz. – Kinga znów zrobiła krótką przerwę. – Adam był oddanym sprawie naukowcem, a nie zdesperowanym kolekcjonerem, który byłby gotów sprzedać duszę diabłu, żeby tylko zdobyć upragniony egzemplarz. Zrozumcie mnie dobrze. On naprawdę kochał te swoje orchidee. Godzinami mógł opowiadać mi o tej oranżerii. I o tym, jak pielęgnuje kwiaty. Pozwalało mu to wyciszyć się i zrelaksować. Był pasjonatem, nie wariatem. Nie dumał nad mitami. Zajmował się rzeczywistymi problemami. Ostatnio zaangażował się w projekt ratowania naturalnych

stanowisk storczyków w Sudetach.

Anita słuchała spokojnie, kiwając głową.

– Dobrze znałaś profesora i chyba masz rację – powiedziała. – Czas zejść na ziemię.

– Nie chciałam być aż tak dosadna.

– Teraz przynajmniej znam twoją opinię.

– A jeżeli coś mogę doradzić, to zaczęłabym od notesu Adama. Takiego oprawionego w brązową skórę.

Sebastian poruszył się niespokojnie.

– Przeszukaliśmy cały dom. Nigdzie go nie ma. Znalazłem tylko jeden wkład. Ten z wyrwaną kartką. Cały notes prawdopodobnie jest w rękach policji. Wszystko tu przetrzepali.

– O tym notesie też z nimi rozmawiałam. Nie byłabym taka pewna, czy go mają.

– Mogłabyś sprawdzić jego gabinet na uczelni? – zapytał Sebastian.

– Pojadę tam od razu. Tak jak obiecałam przez telefon, ustalę też, kiedy będziecie mogli przyjechać i przejrzeć rzeczy Adama osobiście. Lepiej, żebyście nie natknęli się na korytarzu na Gruchałę albo Ebnera.

– Im mniej osób będzie wiedziało, że próbujemy działać na własną rękę, tym lepiej – potwierdziła Anita.

Wyszli przed dom. Fajkowska znowu zapaliła. Usiadły z Anitą na rozgrzanych schodach. Sebastian oparł się o poręcz. Milczeli. Korczyński nie był w stanie znieść tego zbyt długo. Zwrócił się do pogrążonej w zamyśleniu Kingi:

– Nad czym tak medytujesz?

– Zastanawiam się, dlaczego Adam napisał o czarnej orchidei. Nawet jeżeli wszystkie dotychczasowe tezy na ten temat wydały mi się niedorzeczne, to nie ulega wątpliwości, że użył takiego sformułowania.

 

26.

 

Kinga ruszyła w drogę do Wrocławia. Na ulicy warczał jeszcze jej rozklekotany diesel, kiedy Sebastian odebrał telefon.

– Coś dzieje się w domu – wyjaśnił Anicie po zakończeniu rozmowy. – Olga jest przerażona. Muszę tam pojechać, bo nie mogę się z nią dogadać. Zaczekasz na mnie? Wrócę najszybciej, jak się da.

– Jedź!

– Wszystko tu jest do twojej dyspozycji. Rób, co uważasz za słuszne.

Anita uspokajająco położyła mu dłoń na ramieniu.

– Poradzę sobie. Jedź już.

Została sama.

Na ulicy nie było żywego ducha. Nad granitową kostką drżało rozgrzane powietrze. Powoli zbliżał się wieczór. Anita opuściła posesję profesora. Przymknęła za sobą furtkę i wolnym krokiem podążyła wzdłuż ogrodzenia. Zatrzymała się przed sąsiednim domem. Tym samym, który kiedyś należał do jej dziadków.

W ogrodzie suszyło się pranie. Bielizna z koronek w krzykliwych kolorach sugerowała, że mieszka tu jakaś młoda kobieta. Kim była? Anita nie znała odpowiedzi. I wcale nie zamierzała jej szukać. W gruncie rzeczy nie zależało jej na tej wiedzy.

Mury budynku wydawały się te same, ale to już nie był tamten dom. Dawno ulotnił się z niego zapach babcinej szarlotki. Dziadek nigdy już nie zaszura tu kapciami, pomyślała z nostalgią. W kuchennym oknie poruszyła się firanka.

Anita pospiesznie wróciła do willi profesora. Miała nadzieję, że nikt jej nie rozpoznał. Nie potrzebowała świadków, którzy mogliby potwierdzić, że interesuje się zabójstwem Korczyńskiego.

Słońce przesunęło się za mur, dzięki czemu w kuchni zrobiło się chłodniej.

W szafce nad zlewem znalazła szklankę. Napiła się wody nalanej prosto z kranu. Niepokoiła się o Sebastiana i o to, co działo się u Korczyńskich. Na razie nie mogła z tym nic zrobić. Musiała wytrzymać w tej niewiedzy.

Siedziała bezczynnie. Nie potrafiła zdecydować, czym się zająć. Nagle jej wzrok padł na cień na parapecie. Rzucał go duży, pusty słoik. Anita zauważyła go pierwszy raz, kiedy Kinga otwierała okno, żeby pozbyć się papierosa. Już wtedy ją zainteresował, ale szybko o tym zapomniała.

Odsłoniła firanę. Zaczęła głowić się nad tym, co zobaczyła. Brudny słój nie pasował do lśniącego czystością otoczenia. Dlaczego gosposia nie pozbyła się go w czasie sprzątania? Może profesor go do czegoś potrzebował? Herbst rozmyślała nad tym przez chwilę. W końcu uznała, że starsi ludzie czasem lubią zbierać rzeczy, które innym wydają się zbędne.

Ciągle coś nie dawało jej spokoju.

Odłożyła słój na parapet, ale z powrotem wzięła go do ręki. Przyjrzała mu się raz jeszcze. Pokrywał go żółtawy pył, gdzieniegdzie oblepiały brunatne grudki. Anita zeskrobała jedną z nich i roztarła w palcach. Kiedy opłukała dłoń, wyraźnie poczuła, że pył zamienił się w śliską maź.

Glina.

Pamiętała z dzieciństwa, że taka glina była w ogrodzie jej dziadków, musiała więc być też w ogrodzie profesora. Babcia wiele razy narzekała, że w zbitym, twardym gruncie nie chcą rosnąć warzywa. Cieszyła się, że przy Białym Dworze ziemia jest znacznie lepsza.

Anita przebiegła przez salon. Nie zwalniając, z pełnym pędem naparła na drzwi prowadzące na taras. Zmuszone do pośpiechu drewniane ramy zaskrzypiały rozpaczliwie. Szyby zadźwięczały donośnie, kiedy skrzydła drzwi, puszczone swobodnie, w szaleńczym rytmie zaczęły obijać się o siebie. W końcu z hukiem zatrzasnął je przeciąg.

Anita nie zareagowała.

Była już w głębi ogrodu.

Przetrząsała teren. Systematycznie i uważnie. Chodziła od drzewa do drzewa. Zaglądała pod każdy, najmniejszy nawet kamień w poszukiwaniu czegoś, co zwróciłoby jej uwagę. Fragment po fragmencie odgarniała płożący się pod sosnami bluszcz. Dokładnie sprawdziła ziemię wzdłuż murów domu i dookoła szopy stojącej na końcu posesji. Kiedy dotarła w drugi kąt działki, w okamgnieniu dostrzegła naruszony pod krzakami jaśminu grunt. Miejsce to przypominało kopiec kreta. Anita od razu wiedziała, że nim nie jest. To stąd wydobyto słój.

Przyklękła i długo się nie zastanawiając, gołymi rękami zaczęła kopać. Kiedy rozbolały ją palce, przyniosła z szopy haczkę i łopatę. Raz jednym narzędziem, raz drugim rozbijała ziemię i pogłębiała dół. Pot zalewał jej oczy. Nie wiedziała, czego może się spodziewać. Drugiego słoja? Brała pod uwagę też to, że dół może być pusty.

Mimo to nie przestawała kopać.

Wyrwała krzak jaśminu, który jej przeszkadzał, i pracowała dalej, aż trafiła na coś, od czego ostrze łopaty odbiło się jak od skały.

Odłożyła narzędzie. Teraz rozgarniała glinę gołymi rękami. Wreszcie jej oczom zaczął ukazywać się jakiś przedmiot. Gdy zorientowała się, z czym ma do czynienia, miała wrażenie, że uczestniczy w dziwnym przedstawieniu. W show, do którego scenariusz napisał wyrafinowany psychopata.