Prawie zupełnie nikt. William Sutcliffe. YA! 2020

Prawie zupełnie nikt - William Sutcliffe

Fragment 2

 

Przez następnych kilka tygodni mama kursowa­ła do śmietnika i z powrotem, jakby pochwyciła ją rozciągnięta w czasie, odwrócona odmiana ma­niakalnej gorączki zakupów. Najbardziej oczywi­stą reakcją na gwałtowny przypływ gotówki było­by kupowanie mnóstwa rzeczy, ale mama zawsze robiła to, czego się po niej najmniej spodziewano. Postanowiła zatem uczcić nasze nagłe bogactwo, wyrzucając wszystko, co mogła unieść. Miałem wra­żenie, że nasz dom jest okradany w zwolnionym tempie. W miarę, jak ten proces postępował, doszliśmy z Ethanem i Freyą do wniosku, że jedynym sposobem na zachowanie czegokolwiek, co do nas należy, jest znalezienie dla tych rzeczy kryjówki.

Zanim przyjechał van ekipy przeprowadzkowej, nie mieliśmy już w zasadzie żadnych mebli i mu­sieliśmy oglądać telewizję na stojąco. A telewizor zachowaliśmy, bo kiedy mama próbowała go wynieść do pobliskiego sklepu z używanym sprzętem, zata­rasowałem drzwi i ani myślałem się cofnąć. Mama wygłosiła długie przemówienie pełne słów takich jak: „kapitalizm”, „martwica mózgu”, „wyobraźnia” i „kreatywność”. Moją ripostą było jeszcze dłuższe i bardziej nacechowane emocjonalnie przemówie­nie, zbudowane z takich wyrażeń jak: „okradanie własnego dziecka”, „gry komputerowe to ekscytu­jąca forma sztuki” oraz „telewizja pomaga mi wy­ciszyć niepokój związany z przeprowadzką”. Prze­ważył ostatni argument. Czysty szantaż emocjo­nalny, wzmocniony słowami mającymi związek ze zdrowiem psychicznym, zawsze najlepiej działa na mamę.

Gdy wreszcie wyjechaliśmy i podążyliśmy za osobliwie małym samochodem ekipy przeprowadz­kowej, mama opuściła szybę i wrzasnęła triumfal­nie jak nastolatka z filmu o dzikiej ucieczce przez pustynię kalifornijską. Starszy facet na przystan­ku autobusowym o mało nie zleciał ze skutera in­walidzkiego. W Stevenage na ogół nikt się tak nie wydziera.

            – Żegnaj, Stevenage! – wrzeszczała. – Na zawsze!

            – Na zawsze? – spytałem.

            – Tak.

        – Obiecałaś, że będę mógł odwiedzać kolegów!

Mama posłała tacie spojrzenie pełne poczucia winy, co dostrzegłem w lusterku wstecznym.

        – Widziałem to.

        – Co takiego?

        – To spojrzenie.

        – Jakie?

        – To, którym właśnie obrzuciłaś tatę.

        – Nic takiego nie zrobiłam.

        – Kiedy będę mógł tu wrócić i spotkać się z kolegami?

        – Wkrótce.

        – Używasz tego słowa, gdy masz na myśli „nigdy”.

        – Wkrótce to wkrótce. Jak się urządzimy. Zresztą niebawem poznasz nowych kolegów.

        – Jestem za stary na nowych kolegów!

        – Masz dopiero piętnaście lat!

        – Ale w tym wieku nie szuka się już nowych kole­gów! Przecież to jakaś porażka!

        – Ja mam ponad czterdzieści lat. Co będę robić twoim zdaniem? Myślisz, że nie potrzebuję życia to­warzyskiego? – spytała mama.

        – To coś innego.

        – Coś innego? A niby czemu? Posłuchaj, nikt nie jest za stary na nowe przyjaźnie.

         – Może z wyjątkiem królowej – rzekł tata.

        – Zresztą ci twoi koledzy to tak naprawdę nie przyjaciele, tylko ludzie, z którymi dorastałeś – dodał Ethan.

        – To właśnie są przyjaciele! Dobrze byś to wiedział, gdybyś sam jakichś miał.

        – Czyli wszyscy najfajniejsi ludzie świata mieszkają akurat w promieniu kilometra od naszej ślepej ulicy w Stevenage?

        – Nigdy nie mówiłem, że to najfajniejsi ludzie świa­ta. To tylko moi przyjaciele.

        – Nie kłóćmy się – powiedziała mama. – Zaczyna­my nowy rozdział w życiu. Będzie super!

        – Ale ja nie chcę żadnego nowego rozdziału! Moje stare życie wystarczało mi w zupełności.

        – To całkowicie naturalna reakcja w twoim wieku.

        – A co mój wiek ma z tym wspólnego?

        – Cóż – odparła mama. – Sporo o tym czytałam i wiem, że w okresie dojrzewania chłopcy często trzy­mają się kurczowo tych aspektów dzieciństwa, które niebawem   przeminą.

Zasłoniłem twarz dłońmi.

        – Rany boskie, nie wierzę, że powiedziałaś coś takiego.

        – Co to jest okres dojrzewania? – spytała Freya.

            – To zmiany w ciele, które pojawiają się u dzieci w wieku Sama.

        – Przestańcie!

        – Kiedy stajesz się nastolatkiem, twoje ciało zmie­nia nieco swój kształt, a do tego zaczynają ci rosnąć włosy tam, gdzie ich dotąd nie…

        – Przestańcie! Przestańcie! Przestańcie!

        – Później ci wyjaśnię. Myślę, że Sam czuje się nie­komfortowo, a częścią całego procesu jest to, że rodzi­ce wydają się żenujący.

        – Doprawdy? – parsknąłem.

        – Gdzie konkretnie rosną te włosy? – spytała Freya.

        – Ktoś jest głodny? – spytał tata. – Zatrzymamy się, aby wrzucić coś na ruszt? Co? Przekąsimy coś? Ja mam ochotę na ciacho z owocami.

        – Fachowo nazywa się je włosami łonowymi – rzekł Ethan. – Od łona, wiesz.

        – Ethan! – wrzasnęli rodzice jednym głosem.

            Przez resztę podróży Freya nuciła do siebie: „łona-łonałona”.

 

Nasz nowy dom okazał się zarówno bardzo eleganc­ki, jak i trochę tandetny. Mama była z niego tak dumna, jakby sama go zbudowała. Prowadziła nas od pokoju do pokoju i przedstawiała skomplikowa­ne plany zerwania wszystkich wykładzin i doprowa­dzenia tego miejsca do „stanu zero”. Moim zdaniem nie było czym sobie głowy zawracać, a jedyne, co mi się tam naprawdę podobało, to właśnie wykładziny. Zdaje się, że mówiła też coś o rozpadającej się, przy­puszczalnie przegniłej szopie na końcu ogrodu, któ­rą ochrzciła mianem swego „studia”, ale nie miałem pewności, bo moją uwagę przyciągnął osobliwy widok za oknem.

Tuż za domem zauważyłem bowiem gościa w śred­nim wieku, ubranego w czerwone trampki i drogie dżinsy z wydartymi dziurami, który wsiadał do mer­cedesa, podczas gdy na opuszczane przez niego miej­sce parkingowe czekała kobieta w bmw z migającymi światłami awaryjnymi, blokująca całą drogę. Za nią mężczyzna w kabriolecie trąbił jak najęty i wywrzaski­wał obelgi. Po drugiej stronie ulicy kilku wychudzo­nych gości w brudnych drelichach wynosiło wiadra gruzu z podziemi wielkiego domu i opróżniało je do kontenera.

A więc tak wyglądało Hampstead. Nigdzie nie dostrzegłem szczeniaczków, jednorożców, kotków czy tęcz. Nie przeszedłem się jeszcze naszą nową ulicą, a już wiedziałem, że to miejsce, gdzie boga­ci ludzie wściekają się o miejsca do parkowania. W porównaniu z cichym zaułkiem z nowoczesnymi domami wydawał się to inny kraniec wszechświata. W Stevenage dzieciaki bawiły się na ulicach, podczas gdy tu zostałyby rozjechane w ciągu kilku sekund.

Mama pospiesznie zaczęła wypełniać dom nowymi meblami, które okazały się starsze od tych w naszym domu w Stevenage. Tamte zostały kupione jako nowe, ale się zestarzały, te zaś były należycie stare. Mama ciąg-le używała pojęć takich jak „stylowe” i „klasyczne”, co zapewne oznaczało „do kitu”.

Ethan zajął pokój na poddaszu i pomalował go na czarno. Zważywszy na to, w co się ubierał, kolor ścian spełniał rolę kamuflażu i czynił mojego brata prawie niewidzialnym.

Mój pokój znajdował się dokładnie pod pokojem Ethana. Jego okna wychodziły na rząd niewielkich ogródków, za nimi wznosił się ceglany mur, który two­rzyły tylne ściany budynków z sąsiedniej przecznicy. Wszędzie ludzie, ludzie i ludzie. Gdziekolwiek spoj­rzeć, widziałem ludzi.

Jeśli Londyn naprawdę był miejscem, do którego przybywali bogaci ludzie, moje pytanie brzmiało: dla­czego? Dlaczego? I po co?