Papier - nowela, Magdalena Dębowska

Wszystkie znaki na niebie i na ziemi, horoskopy, taroty, pasjanse, w istocie cały ezoteryczny kolektyw wskazywał na rychłe uhonorowanie mojej osoby Noblem, wygraną w plebiscycie czytelników Gazety Takiej a Nie Innej, nominacją do Nike. Zaprawdę powiadam wam, każde tchnienie otaczającej mnie rzeczywistości było fantastycznym proroctwem, proroctwem należącym do tego samego zbioru co słowa : gloria, mamona, uznanie, koktajl, darmowy alkohol. Świat roztaczał przede mną wizję horacjańskiej nieśmiertelności, oczyma wyobraźni widziałem już swoje niezniszczalne monumentum, jednak podczas konfrontacji z realiami - konfrontacji nieuniknionej - jedno nijak miało się do drugiego. Wydarzenia bieżące miały się do proroctw jak kwiatek do kożucha, jak wół to karety, jak każda nieistotna rzecz do innej, jeszcze bardziej nieistotnej.

Gromadziłem niezbędną dokumentację, zbierałem materiały, robiłem zatrważające ilości notatek, które powoli sufitu jęły sięgać. Odwiedzałem muzea, konsultowałem się z najrozmaitszymi specjalistami, w najdziwniejsze miejsca jeździłem i, kiedy po czterech latach, udało mi się wreszcie wszystko skompletować i uporządkować, byłem gotowy.

Kiedy więc, otoczony posegregowanymi alfabetycznie notatkami, zawalony planami poszczególnych rozdziałów, usiadłem do pracy, wszystko szło nie tak jak powinno; szło tragicznie, nomen omen z treścią Cortazarowskiej frazy – jak kurwie w deszcz, a właściwie - nie szło. Od roku znajdowałem się w całkowitym bezruchu, tkwiłem uziemiony przy dwunastej stronie mojej kolejnej, tym razem przełomowej, książki. Nie mogłem w pokrętny sposób wynajdywać usprawiedliwień dla bezgranicznego, ubranego w eufemizmy niżu literackiego i twórczej depresji nieróbstwa ( które notabene zawsze szło mi fantastycznie) - nie było żadnego „ale”. Warunki miałem wyśmienite: sosnowe biurko, studwudziestowatowa żarówka i pełen wyskokowych łakoci barek, cały ten prozatorski blichtr był jedynie uwerturą do moich wszystkich aktualnych grafomańskich zachowań i jednocześnie zapowiedzią następnych. Ogarniała mnie przemożna chęć czerpania literackiej inspiracji za pośrednictwem gór – proszę bardzo, wydawnictwo lokowało mnie pośród tetmajerowskich pejzaży. Pragnąłem porzucić nikczemne walenie w klawiaturę na rzecz szlachetnej sztuki odręcznego pisania – szczerbaty kurier w zębach przynosił cztery ryzy papieru, dwa lśniące chińskie pióra i zapas atramentu, który starczyłby na co najmniej dziesięć powieści obyczajowych. Chciałem kolumbijskiej kawy – była kolumbijska kawa. Insekty przyprawiały mnie o stany lękowe – była moskitiera. Ubzdurałem sobie francuskie papierosy – punkt dziesiąta rano do drzwi moich eteryczna asystentka z dwoma kartonami Gauloises pod pachą zapukała. Czegokolwiek nie zażyczyło sobie moje quasi literackie ego, było. Czegokolwiek nie dotknąłem, stawało się gównem.

Każdego dnia, od świtu aż do późnych godzin wieczornych, walczyłem z własnym lenistwem. Chwilowy odpływ twórczego rozmachu nie wydaje się być stosownym określeniem; praca nad powieścią przełomową wymaga nie tylko artystycznego oh, ah i eh, ale też nieludzkich poświęceń, zapierdalania przez długie godziny w pocie czoła i całkowitej ascezy, i -  jakkolwiek  fałszywie by to nie zabrzmiało – jest to praca wyjątkowo niewdzięczna. Tak, więc dzień w dzień z własnym lenistwem walczyłem i dzień w dzień z kretesem przegrywałem, a była to porażka sromotna. Czerwone promienie zachodu słońca wdzierały się do mojej pracowni, w ręku dzierżyłem kupione za cudze pieniądze pióro, w powietrzu unosiły się nikotynowe ornamenty i mimo tych sprzyjających okoliczności ( a może właśnie przez nie?) fabuła nie trzymała się kupy, frazy kanciaste spod pióra wyskakiwały i ostatecznie efektem sześciogodzinnej orki był jeden akapit. Akapit marny ponad miarę, akapit prawdopodobnie gorszy niż marny. Strugi potu po plecach mi spływały, włosy darłem z głowy, najwymyślniejsze klątwy i modlitwy do niebios wznosiłem – akapit jak był, tak był i najwyraźniej nie miał zamiaru cudownie się rozmnożyć. Frustracja o tyle większa, że samo złożenie zwłok przy biurku w celu pisania jako takiego i wysiedzenia przy nim przez te sześć godzin, wymagało nieludzkich wysiłków. Do rangi rytuałów urosły moje poranne i wieczorne obietnice - o zmierzchu poprzysięgałem sobie: „tak, tak, rano napiszę coś na miarę Reymonta”, zaś bladym świtem wtórowała mi mantra „ tak, tak, wieczorem zacznę coś na miarę Reymonta”. Codziennie rano i codziennie wieczorem tworzyłem drugą epopeję narodową, która nie posiadała ani jednego słowa, epopeję – widmo, widmopeję będącą podrzędną formą tabula rasy. Z powieszonej na ścianie fotografii karcąco patrzył się Władysław Reymont we własnej osobie, ale nawet jego spojrzenie, nawet to spojrzenie nie pomagało. 

W desperacji najwymyślniejszych metod się imałem: pisywałem w parku, pisywałem na parapecie, w wannie, w kawiarniach na małych, wymiętych chusteczkach skrobałem na samego siebie wyroki śmierci. Nie wystarczyłoby nawet dwudziestoczterogodzinne przykucie do biurka - najbardziej katorżnicza praca nie była w stanie zrekompensować całkowitego braku inwencji i pomysłów. Kiedy więc cudem jakimś

( istotnie, był to cud ) zabierałem się do pracy, zdradziecką celulozę wraz z piórem wyciągałem, doznawałem upokorzenia w pełnym tego słowa znaczeniu. Cztery książki, scenariusz do filmu, dwie sztuki – praca pracą, jednak liczyłem na palce lizać kołacza, miast z całkowitym uwiądem natchnienia się użerać. Byłem artystycznie bezpłodny, nie nadawałem się do jakiejkolwiek prozatorskiej kopulacji, nie nadawałem się w ogóle. Jakaś paskudna świnia wyżarła z mojego koryta całą wenę, wszystkie słowa z głowy ukradła i, oblizując się bezdusznie, mlaskała z zadowoleniem, zostawiając mnie z dwoma chińskimi piórami i stosem francuskich niedopałków. Marzyły mi się natchnione, pełne smug światła i papierosowego dymu przedpołudnia, wieczory przeoczone przez literacki rozpęd, palce od zbyt wielu godzin pisania odciskami naznaczone. Nie jedno, lecz oboje oczu byłbym wymienił na ultraszybką migawkę utrwalającą wszystkie otaczające mnie impresje, rejestrującą nawet największy banał. Umiejętna obserwacja dowolnego elementu rzeczywistości mogła na wyżyny prozy mnie wynieść; pusta puszka coli tylko czekała na swoją apoteozę, stercząca na balkonie jednej z kamienic na Grzybowskiej dziewczynka błagała o należną jej wzmiankę, która przerodzić się mogła w epicki pejzaż.

Rzecz to była wstydliwa, tysiąckroć bardziej upadlająca niż diagnoza rzeżączki, kiły bądź innej wenerycznej przypadłości. Absolwenci rachunkowości, zarządzania i  prostytucji,  finansów i szachrajstwa stosowanego, uwiązani czarnymi krawatami, siedzieli za biurkami wypełniając super kurwa ekstra ważne papiery i tłukli przy tym – jak na wykonywaną pracę przystało – kurewskie pieniądze. Ja? Będąc w opozycji do białych koszul, spotkań firmowych i reszty tej finansowej bufonady skazany byłem na kapryśną wenę, czytelnicze widzimisie i w końcu – łaskę i niełaskę ( w najgorszym wypadku laski położenie) czcigodnego wydawcy.

Terminy nagliły, do pierwszego sierpnia miałem dostarczyć gotowe maszynopisy, z końcowego rozrachunku wynikało, dokładnie tyle, że miałem szesnaście dni ( trzysta osiemdziesiąt cztery godziny, dwadzieścia trzy tysiące czterdzieści minut, milion trzysta osiemdziesiąt dwa tysięcy czterdzieści sekund) na stworzenie czegoś, co nadawałoby się do czytania. Szesnaście dni i szesnaście nocy miałem na przelewanie z pustego w próżne – myśl uskrzydlająca.

Zamysł dzieła przełomowego, dzieła życia na miarę prozy światowej zarzuciłem po trzecim akapicie, zamysł ryczał, ja ciskałem piorunami. Ciskałbym nimi jeszcze długo, gdyby w porę nie pojawiła się wybawczyni moja, Łatwizna. Nawiedzała mnie w najczarniejszych godzinach, materializowała się ni stąd ni zowąd i bez względu na czas, miejsce oraz inne okoliczności podszeptywała zdradzieckie rozwiązania. Była przy mnie, kiedy podglądałem podczas gry w chowanego, była, gdy bezczelnie dyktando od Janka Wróblewskiego zrzynałem, w końcu – była, gdy wybierałem obrączki na własny ślub. Teraz Łatwizna krążyła pod sufitem i spuściwszy oczy, których nie miała, jęła podjudzać swoim lukrowanym głosem: „Danielku, to może romans jakiś? Czytadło feministyczne może? Jak codziennie trzepniesz dwadzieścia stron, to kto wie…Kredyt spłacisz, a przy dobrych wiatrach i na Meksyk nie zabraknie ”.

Było na wskroś jasne, że moje Danielkowe – ja nie da się długo prosić – widmo rozpłynęło się. Przystałem na taki obrót spraw, bo cóż innego mi pozostało; pisanie to było jedno, pieniądze – drugie. Pieniędzy zaś na gwałt potrzebowałem - od kilku miesięcy klepałem skrajną biedę; żywiłem się zupami z torebek i daniami z podrzędnych barów, ostatnia rata kredytu nadal pozostawała niespłacona, o wakacjach pomarzyć mogłem. Opcja uwiedzenia spadkobierczyni fortuny hotelowego imperium nie wchodziła w rachubę – całkowicie wymizerowany konsumpcją śmieciowego jedzenia, pozbawiony tkanki mięśniowej i entuzjazmu, nie mogłem stanowić dla kogokolwiek obiektu seksualnego. 

Przyzwolenie nie było jednak jednoznaczne z akceptacją. Od akceptacji daleki byłem, akceptacja była równoznaczna z całkowitą kapitulacją, wpisaniem się w poczet rzemieślników piszących o sfrustrowanych, samotnych czterdziestkach, z syndromem ciężkiego niedopchnięcia. O tym nie mogło być mowy. Na myśl o niedoszłym eposie poczułem ostre kłucie w sercu, ale nie było czasu ani na sentymenty, ani ,tym bardziej, na migotanie przedsionków. Z nieczystym sumieniem, ciężkim duchem i niezdrowo wysokim tętnem jąłem knuć niecne plany odnośnie rzeczonej książki, a także tworzyć jakąś prowizoryczną fabułę (byłem mistrzem prowizorki). Priorytetem było rzecz jasna zachowanie codziennego rytmu pisania, cała reszta była jedynie wykazem wszystkiego, od czego należało się odżegnać. Nie szło o szczegółowe opisy fauny i flory, historię zawiłych losów słoweńskiego rodu, tym bardziej nie miałem w zamyśle przekazu. Brak było jakiejkolwiek filozofii – zapisane stronnice należało oddać do pierwszego sierpnia, następnie korekta i cała reszta literackich liftingów, okładka, promocja, wydanie, spotkania z czytelnikami. Książka miała się sprzedać, książka miała być empikowską żyłą złota , pieniądze miały objawić się w ilościach ogromnych, panienki w ilościach po tysiąckroć większych, bez względu na to, jak straszną szmirą miała być ta powieść. Oczami wyobraźni widziałem mnożące się w wariackim tempie zera, następujące po jedynce, słyszałem westchnienia moich wiernych czytelniczek o względnie bujnych biustach, czułem smak czekolady Valrhona i zapach Diora. Pozostać miał jedynie problem karcącego spojrzenia noblisty, ale równie dobrze fotografię mogłem zdjąć ze ściany i powiesić ponownie dopiero w momencie niekontrolowanego napływu weny. Klamka zapadła, odwrotu nie było i pozostało mi nurzanie się w ckliwym mule o aromacie czerwonych róż. 


Pierwszy rozdział powieści pt. "Papier - nowela". 


Konkursy

Konkurs z Wydawnictwem MG i PWN
Czas trwania: 31-01-2023 - 05-02-2023