Jesteśmy cmentarzyskami, Ola Mazur

„Człowiek jest naprawdę królem dzikich
bestii, gdyż jego brutalność przewyższa ich
brutalność. Żyjemy ze śmierci innych.
Jesteśmy cmentarzyskami!”
Leonardo da Vinci

Rozdział I


Słońce prażyło jak oszalałe, a ptaki padały w locie. Tylko niektóre staruszki i wszystkie bez wyjątku udręczone upałem dzieci wykazywały imponującą żywotność. Kamienice niczym piece hutnicze dyszały gorącem. Rozpalone płyty chodnikowe parzyły stopy przez cienkie, letnie sandałki, a topiący się w oczach asfalt przypominał rzekę lawy płynącą przez betonowy labirynt miasta. Bogdan, uwięziony wraz z tłumem zziajanych i spoconych bliźnich w rozklekotanym tramwaju nr 10, marzył właśnie o tym, by jakiś napakowany sterydami młodzieniec – ponieważ nikt, kto nie przypominał z postury goryla, nie byłby w stanie tego zrobić – otworzył zardzewiałe okienko i wpuścił do wnętrza pojazdu odrobinę ożywczych spalin. Rozpoczęła się fala czerwcowych upałów. „Wszystko przez to ocieplenie klimatu” – pomyślał mętnie, przysięgając sobie w duchu, że od tej pory będzie sumiennie segregować śmieci i już nigdy, pod żadnym pozorem nie kupi niczego w sprayu, tylko niech ta temperatura spadnie poniżej 40 stopni do cholery, bo inaczej to on dostanie bzika. Jednak zamiast śniegu złośliwa opatrzność zesłała mu sms'a. Pięć minut później Bogdan nie musiał wyobrażać sobie, co powiedziałyby ściśnięte w puszce sardynki, gdyby jedna z nich zechciała wyjąć z kieszeni telefon komórkowy – on to doskonale wiedział. „Hej! Spakowany? Pociag 18:40 Plaszow, bilety kupilem” Osiemnasta czterdzieści?!

Dwie godziny później Bogdan przytupywał nerwowo w luksusowym tramwaju nr 6, robiąc w myślach przegląd plecaka. „Gacie są, koszule są, skarpetki są, sztormiak jest, choć to byłaby prawdziwa ironia losu, gdyby na Mazurach miało padać, przybory do golenia wziąłem, szczoteczkę do zębów też, spakowałem mydło? Trudno, Krzysiek mi pożyczy...”. 

Krzysiek, przystojny, dobrze zbudowany student AWFu z prawdziwą przyjemnością
patrzył, jak jego cherlawy kolega zapiernicza sprintem zgięty w pół pod ciężarem plecaka.
Ech ci prawnicy! Żadnej krzepy...
– Ile?!
– Osiemnasta czterdzieści pięć – oznajmił Krzysztof z lubością – ale ma 15 minut spóźnienia.
– Chwała Panu!...
– Zauważyłem u ciebie wzrastającą pobożność wraz z sukcesami życiowymi. To samo powiedziałeś, gdy zdałeś komisa z cywila trzy lata temu. Po egzaminie z ekonomii natomiast wzniosłeś okrzyk, cytuję: „Niech to diabli!”. Zastanawiające.
Bogdan łypnął na niego nieżyczliwie. Prawo cywilne zatruło mu cały trzeci rok studiów. A ekonomię – przedmiot bynajmniej nie obowiązkowy – wziął dobrowolnie. Musiał mieć chyba zaćmienie umysłu.
– Krzysiu, wybierasz się przypadkiem na psychologię? To nie mnie bierz na warsztat, tylko naszego wspólnego znajomego. Ambitnie trzeba podchodzić do sprawy, od przypadków
ciężkich zaczynać, a co!
– Żartuj sobie żartuj, a to jest naprawdę poważna sprawa. On już kompletnie mnie nie słucha...
– Ma rację, co będzie słuchał kretynów...
– Siedź cicho intelektualisto i układaj w myślach wyrazy szacunku dla kretyna, dzięki któremu zamiast smażyć się na rozpalonej patelni krakowskiej, jedziesz sobie nad chłodne przejrzyste jeziorko, będące prywatną własnością naszego wspólnego znajomego, któremu pilnie  potrzebna pomoc psychologa vel dobrego przyjaciela.
– A!... To ty go namówiłeś! A ja się dziwiłem, co on tak z nagła i znienacka zaprasza mnie na wakacje, chociaż nie widzieliśmy się rok albo i dłużej. Ale czy ty czasem nie przesadzasz z tym, że mu szajba odbiła, przez telefon sprawiał dość normalne wrażenie.
– Masz na niego dobry wpływ... Mam nadzieję, że teraz też zdołasz przemówić mu do rozumu...

Andrzej, wspólny przyjaciel Krzyśka i Bogdana, z którymi łączyły go wspomnienia niejednego obozu harcerskiego, rok temu zniknął z ich życia. Wyjechał z Krakowa i Bogdan zupełnie stracił z nim kontakt. Był zresztą zajęty swoją pracą magisterską i nauką do egzaminu wstępnego na aplikację prokuratorską, na którą bardzo trudno się dostać, a następnie nauką na aplikacji, którą równie trudno skończyć. Na szczęście pierwszy rok udało się zaliczyć z wysokimi ocenami, więc Bogdan zaczął z większym optymizmem patrzeć w przyszłość. Znajdował się w całkiem niezłej sytuacji. Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały na to, że jednak skończy aplikację, a co za tym idzie ma w perspektywie pewne miejsce pracy, a na razie stypendium porównywalne ze średnią krajową płacą, co należy bez wątpienia uznać za niemały sukces przy wzrastającym bezrobociu nękającym nasz kraj i kryzysie ekonomicznym w całej Europie, spoglądającej z przestrachem w stronę bankrutującej Grecji. To wszystko jednak odbiło się negatywnie na jego życiu towarzyskim – o ile studenci prawa Uniwersytetu Jagiellońskiego takowe posiadają – i Bogdan nie miał pojęcia, co się dzieje z przyjacielem, który zaszył się gdzieś na Mazurach i nie dawał znaku życia od roku. Od czasu do czasu Krzysiek przekazywał mu jakieś zdawkowe pozdrowienia, napomykając przy tym niejasno, że z Andrzejem źle się dzieje. Ze strzępów informacji wyłaniał się następujący obraz. Rok temu Andrzej, którego Bogdan znał jako sympatycznego i ledwo wiążącego koniec z końcem studenta historii sztuki, odnalazł swojego ojca, który okazał się być potwornie bogaty. Tatuś zapisał mu w testamencie wszystko, co posiadał, po czym uprzejmie raczył umrzeć. Andrzej poczuł się jak król życia i woda sodowa uderzyła mu do głowy. Krzysiek spotkał go kilka razy podczas sesji, gdy Andrzej wpadał na krótko do Krakowa, by zaliczyć konieczne egzaminy. Krzysiek zawsze twardo stał na ziemi i Bogdan daleki był od posądzania go o plotkarstwo, ale cała ta historia mocno pachniała mu telenowelą. Podejrzewał, że „potworne bogactwo” to było w najlepszym razie pół chaty pod strzechą z wychodkiem na polu, położone malowniczo nad jeziorem, do którego pobliski zakład przetwórstwa rybnego nielegalnie spuszczał nocą ścieki.

Znaleźli wolny przedział, wrzucili bagaże na półki, zrobili zniechęcającą minę do małżeństwa z trójką rozwrzeszczanych – pardon – wychowywanych bezstresowo dzieci, które usiłowało się do nich dosiąść i wreszcie zapanował względny spokój. Krzysiek wyjął wałówę, w którą wyposażyła go zapobiegliwa mamusia.
– Częstuj się chłopie, marnie wyglądasz. To od tego siedzenia nad książkami.
– Cha, cha, publiczność ryczy ze śmiechu. Powiedz mi lepiej dokładnie, co właściwie się dzieje z Andrzejem. Przez cały rok pierdykasz półsłówkami...
– Bogdanie, jak ty się wyrażasz! Ja ciebie nie poznaję! Żeby poważny prawnik używał takiego słownictwa! Wstyd!
– ...a teraz nagle robisz alarm, że Andrzeja trzeba wyciągać z rynsztoka. I to w dodatku ja mam być tym cudownym zbawcą.
– Właśnie ty, bo jako przyszły papug masz gadane. A tu trzeba dyplomatycznie, po przyjacielsku. Ja na początku myślałem, że dobrze mu zrobi wiadro zimnej wody i go troszkę zbyt mocno skrytykowałem...
– Powiedz lepiej, że go zdrowo opieprzyłeś. Już ja cię znam.
– Można to i tak nazwać. – przyznał Krzysiek bez cienia skruchy – W każdym bądź razie ja jestem spalony. Pozostałeś tylko ty.
– Cała nadzieja we mnie, co? To może ja się wreszcie dowiem, o co chodzi?
– Od początku chcesz?
– Od samego. Nawijaj. I daruj sobie ozdobniki; same konkrety i to chronologicznie proszę. Krzysztof zamilkł na chwilę. Stukot kół wybijał regularnie rytm podróży. Bogdan wiedział, że gdy jutro położy się spać w „luksusowej rezydencji” przyjaciela, usłyszy pod czaszką tę charakterystyczną melodię. Zamknie oczy i ulegnie złudzeniu, że leży na wąskiej kozetce, nad głową powiewa mu tania zasłonka z nadrukiem PKP, a pociąg uwozi go w dal. Kiedyś widział pociąg z samolotu. W ciemnościach wyglądał jak świetlna gąsienica.
– Wiesz, jakie było życie Andrzeja... – odezwał się niespodziewanie Krzysiek – Biedny jak mysz kościelna, nie miał żadnej rodziny, tylko matkę. Spotkałem go pół roku temu w Warszawie...
– Przecież tkwił na Mazurach?
– Akurat. Przez pierwsze trzy miesiące, potem wyrwał się w szeroki świat. Siedzieliśmy razem w jakiejś knajpie, Andrzej był hm... w dość rozmownym nastroju... prawdę mówiąc kompletnie pijany... w ten sposób dowiedziałem się paru szczegółów z jego życia, nawiasem mówiąc, on sam wiedział o tym od niedawna...

Powoli z rezerwą Krzysiek opowiedział Bogdanowi skomplikowane dzieje życia Andrzeja. Rzeczywiście brzmiało to jak telenowela. Dwadzieścia cztery lata temu jego matka w lecie pracowała dorywczo jako pokojówka w prowincjonalnym hoteliku. Kiedy po jakimś czasie zorientowała się, że jest w ciąży, wiedziała wprawdzie, który z gości był tego sprawcą – nie  zawitało ich tak wielu do położonego na uboczu pensjonatu – ale nie miała zielonego pojęcia, jak go odnaleźć. Nie znała jego nazwiska, tylko imię. W księgach też go nie znalazła. Pensjonat niezbyt dokładnie prowadził ewidencję gości, kierownik połowę wczasowiczów przyjmował na lewo, a kasę chował do kieszeni. Wprawdzie doskonale pamiętała jego twarz, ale to było za mało. Stała się samotną matką. Cóż, smutne konsekwencje lekkomyślnego, wakacyjnego romansu... Gdy Andrzej miał osiemnaście lat, zachorowała na raka. Przeważnie leżała w domu poza okresami chemioterapii w szpitalu. Całymi godzinami oglądała telewizję. Pewnego dnia zobaczyła wywiad z bogatym kolekcjonerem dzieł sztuki. Rozpoznała w nim ojca Andrzeja. Ludzie w średnim wieku nie zmieniają się już tak bardzo. Istnieje wielka różnica pomiędzy dwudziestolatkiem a pięćdziesięciolatkiem. Jednak ojciec Andrzeja, w czasach gdy uwodził młodziutkie pokojówki, miał około czterdziestki i należał do tych mężczyzn, którzy właśnie w tym wieku wyglądają najlepiej – przystojna męska twarz, na której pod wpływem wilczego uśmiechu pojawia się kilka seksownych zmarszczek przy sypiących łobuzerskie iskierki oczach. Istny George Clooney! Nietrudno było go rozpoznać po 18 latach. Jako sześćdziesięciolatek wyglądał prawie tak samo, tylko włosy przyprószyła mu siwizna, a cera poszarzała. Dwa lata później umierając, matka wcisnęła Andrzejowi do ręki pomiętą kartkę papieru z imieniem i nazwiskiem jego ojca. Załamany po jej śmierci, zmuszony do zorganizowania sobie życia na nowo, nie myślał o poszukiwaniach. W końcu przeżył bez ojca 20 lat i jakoś sobie dawał radę. Minęły kolejne dwa lata, zanim postanowił go odnaleźć. Okazało się to nadspodziewanie łatwe. Była partyjna szycha, następnie biznesmen i kolekcjoner dzieł sztuki po wycofaniu się z interesów wiódł wygodne życie w swym olbrzymim domu nad małym prywatnym jeziorkiem w mazurskiej głuszy. Na początku starszy pan nie chciał w ogóle słyszeć o tak głupim pomyśle jak to, że może mieć syna. Ale wkrótce znalazł z Andrzejem wspólny język. Ojciec kolekcjoner – syn student historii sztuki. Bardzo szybko polubili się i milioner postanowił zaryzykować badania DNA. Okazało się, że Andrzej mówił prawdę. Nagle zyskał sympatycznego, choć może nieco despotycznego i upartego ojca oraz dwoje kuzynów, dzieci stryja, który wraz z żoną zginął w wypadku samochodowym w Bułgarii dwanaście lat temu. Ojciec Andrzeja czuł się w obowiązku zaopiekować się nimi, co sprowadziło się do finansowania ich zachcianek podczas wakacji i trzymania w szkołach z internatem, żeby mu nie przeszkadzali w pracy. Dziś byli to dorośli ludzie, rozrywkowi studenci i Andrzej był po prostu zachwycony swoją rodziną. Jego ojciec z kolei zachwycił się Andrzejem i to do tego stopnia, że zapisał mu w testamencie nie tylko swoje zbiory lecz także większą część majątku. Miesiąc później umarł na zawał serca, co nikogo nie zdziwiło, bo miał już dwa zawały, sześćdziesiąt osiem lat, a na dodatek był cholerykiem. Zdenerwował się na służącą, że przyniosła mu zimną herbatę. Służącą ten błąd kosztował pracę, a staruszka życie. Andrzej niezbyt długo opłakiwał ojca, którego znał zaledwie rok. Wkrótce zaczął korzystać ze swojej fortuny spontanicznie i bez namysłu. Zaczął się bawić. Niekończące się imprezy, alkohol, dziewczyny i najgorsze z tego wszystkiego – narkotyki, przy pomocy których zdawał egzaminy. Beztroskie hulanki w towarzystwie przypadkowych znajomych zabierały mu czas, który dawniej przeznaczał na naukę. Andrzej zachowywał się jak król świata.
– Zmienił mu się także charakter. Stał się trochę zarozumiały – czy po prostu nazbyt pewny siebie. Nie chciał słuchać żadnych rad i prawdę mówiąc, nienajlepiej traktował te swoje liczne panienki. Fakt, że spędza wakacje u siebie w domu, a nie w Monte Carlo świadczyłby o tym, że chyba trochę ochłonął... Ale nie dam za to głowy...
– Jesteś pewien tych narkotyków?...
– Jak tego, że tu stoję. Jeszcze żeby to była trawka, albo coś w tym guście, to nie martwiłbym się AŻ tak bardzo. Ale z tego co wiem, to jakiś grubszy towar.
Bogdan zamyślił się. Trzeba będzie z tym Andrzejem poważnie pogadać. Tymczasem się
prześpi. Co ma być, to będzie.

Świtało, gdy się obudził. W całym pociągu panowała cisza i spokój. Nie słychać było, żadnych dźwięków oprócz stukotu kół. Krzysiek spał na przeciwległej kanapce, ściskając w ramionach swój plecak z dokumentami i pieniędzmi. Saszetkę Bogdana zresztą też. Ten Krzysiek – zawsze można było na nim polegać. Bogdan nie potrafił policzyć wszystkich sytuacji, gdy przyjaciel ratował go z tarapatów. Teraz pewnie też, gdyby nie on, Bogdan zostałby okradziony. A jednak to Andrzej w ich trójce był największą ofermą. Z jednej strony poważny – od dziecka musiał zarabiać, bo z pensji matki nie daliby rady się utrzymać, a z drugiej strony strasznie roztrzepany – potrafił wylecieć w kapciach na śnieg, bo się spieszył na autobus. Nie zauważył niczego dziwnego, gdy w liceum Krzysiek dla draki ufarbował włosy na zielono, wszędzie się spóźniał, nie pamiętał nawet własnego numeru telefonu. Przy tym wszystkim był zawsze roześmiany i nie sposób się było na niego gniewać. Dziewczyny za nim szalały, twierdziły, że jest „czarujący”.
Pociąg zaczął zwalniać. Krzysiek ocknął się i rozejrzał.
– Wysiadamy. Zbieraj manele.

Była dopiero ósma, ale już robiło się gorąco. Na zalanym słońcem peronie stał wysoki przygarbiony młodzieniec w niebieskiej koszulce polo i olśniewająco białych spodniach. Bogdan nie znał się na modzie, ale nawet kompletny laik na pierwszy rzut oka stwierdziłby, że muszą to być markowe, porządne i niesamowicie drogie ciuchy.
– Cześć. – uśmiechnął się Andrzej – Fajnie, że jesteście.
– Hej! – Krzysiek łupnął go w łopatkę – Fajnie, że ty jesteś! Punktualnie! Szczerze mówiąc, nie liczyłem na to.
– Ewelina mnie wypchnęła z domu. – wyznał Andrzej beztrosko – Zupełnie zapomniałem, że wy dzisiaj przyjeżdżacie. Chodźcie, zaparkowałem tam w cieniu.
– Ewelina to jest kto? – zagaił delikatnie Bogdan, przypominając sobie opowieści o haremie Andrzeja i zastanawiając się w towarzystwie jak wielu dam przyjdzie mu spędzić wakacje. Nie była to bynajmniej idea odpychająca.
– Moja kuzynka. Długonoga brunetka jeśli cię to interesuje. Studiuje dziennikarstwo. W ogóle spotkacie tam samych studentów. No prawie. Jeszcze jest Adam i pani Basia. Opowiem wam po drodze, czekają nas dwie godziny jazdy.
Zapakowali się do jeepa i ruszyli z kopyta. Styl, w jakim Andrzej prowadził samochód, w pełni odzwierciedlał jego osobowość. Wszystko co żyło, w popłochu pryskało spod kół.
– To kto tam w końcu jest? Ta sama ekipa, z którą balowałeś w Warszawie? – w głosie Krzyśka można było usłyszeć lekką nutkę ironii.
– Wszystkiego czekaj... beze mnie sześć osób. Ewelina, jej brat, a mój kuzyn, Maciek – zupełne przeciwieństwo Eweliny. Studiuje prawo i już teraz zachowuje się jak notariusz. Straszny nudziarz.
– Dzięki. – mruknął Bogdan.
– No może trochę przesadziłem. – zaśmiał się Andrzej – Nie bierz tego do siebie.
W gruncie rzeczy Maciek jest dość sympatyczny, da się z nim pogadać, poimprezować. Tyle, że jak rozmowa schodzi na prawo, to koniec. Monolog. Chyba jeszcze do niego nie dotarło, że nie wszyscy uważają kodeksy i ustawy za szalenie fascynujące. Dalej dziewczyna Maćka o wdzięcznym imieniu Lola Marlena. Podobno na cześć najsłynniejszej roli Marleny Dietrich, ale nieoficjalna wersja głosi, że jej rodzice przyszli na chrzest mocno skacowani. Z wiadomych względów w użyciu pozostaje tylko ta druga część imienia. Marlena jest studentką KWiCh-u.
– A co to jest? – zdziwił się Krzysiek.
– Kosmetologia, Wizaż i Charakteryzacja. Podobno bardzo trudne, choć ja tam tego nie zauważyłem. No owszem wiedzę o mazidłach ma dużą, ale... Zresztą sami zobaczycie. Z charakteru podobna do Maćka. Dobrali się.
– To dopiero trzy osoby, wspominałeś coś o jakimś Adamie, Basi...
– Aaa... Pani Basia to osoba wyjątkowa. – zaczął Andrzej i nagle wdepnął hamulec – Pokażę wam coś. Skoro już tu jesteśmy...
Cofnęli się kilkanaście metrów i skręcili w małą ścieżkę, prawie niewidoczną na tle lasu, tak wąską, że jeep z trudem mieścił się pomiędzy drzewami. Andrzej zatrzymał się na małej polanie i ich oczom ukazał się niezwykły widok.
Bogdan wysiadł i z przyjemnością odetchnął świeżym, wonnym powietrzem sosnowego lasu, jakże innym od miejskiego, rozgrzanego smogu. Chłodny cień sprawiał, że pomimo nocy w pociągu, Bogdan czuł się wypoczęty i rześki. I lekko zaskoczony.
– Zastanawiacie się pewnie, skąd wziął się w środku lasu, z dala od siedzib ludzkich, cmentarz. – w głosie Andrzeja brzmiało zadowolenie z wywołanego wrażenia – Musiała być tu jakaś osada pewnie zmieciona z powierzchni ziemi przez którąś wojnę. Cmentarz ocalał, zapomniany przez wszystkich, gdy okoliczne tereny porósł las. Chyba napuszczę na nie kumpli z archeologii. Tymczasem możemy podziwiać, na oko siedemnastowieczną nekropolię. Wspaniale zachowaną, między innymi dlatego, że nikt nie ingerował. Po wojnie tu były tereny wojskowe. Żołnierze robili sobie podchody, ale od grobów trzymali się z daleka. Cywile mieli zakaz wstępu.

Bogdan i Krzysiek rozglądali się. Dziwne wrażenie sprawiało to opuszczone cmentarzysko pośrodku puszczy. Kilkadziesiąt grobów. Ponad połowę stanowiły ziemne mogiły, zwykłe pagórki porosłe zielem ze spróchniałymi drewnianymi krzyżami. Pomiędzy nimi rzadko rozsiane stały rozsypujące się kamienne grobowce. Dawało się odczytać fragmenty napisów, epitafia. Bogdan poszedł w kierunku walącej się kapliczki. Porosła mchem, otoczona przez przebojowe brzózki, pragnące odzyskać dla siebie ten kawałek lasu, istny cud, że jeszcze stała. Drzwi były otwarte. Wzrok Bogdana szybko przyzwyczaił się do mroku, jaki panował wewnątrz. Tylko pojedynczy promień słońca, przefiltrowany przez pajęczyny zarastające wysoko umieszczone okienko, rozpraszał ciemności. Drobiny kurzu tańczyły w strumieniu światła. Na ścianach umieszczone były tablice z nazwiskami ludzi pochowanych pod zniszczoną posadzką.
– Niesamowite, nie? – wyszeptał Andrzej tuż obok niego. – pomyśleć, że nikt tu nie zaglądał od trzystu lat!
– Ty odkryłeś to miejsce?
– Nie, mój ojciec. On też kazał zrobić dojazd. Wojsko sprzedało mu ten teren, bo przylegał do jego ziemi.
„Już widzę, jak armia sprzedaje komuś swoje tereny tylko dlatego, że tak mu wygodnie. – pomyślał Bogdan – Ten ojciec faktycznie musiał być jakiś partyjny ze znajomościami.”
– Starał się zainteresować władze, ale wiesz, jak jest. Na wszystko brakuje kasy. Powązki się sypią, kościoły się walą, więc mają lepsze rzeczy do roboty niż restaurowanie jakiegoś tam cmentarza, wątpliwą atrakcję turystyczną. Nie rozgłaszaliśmy szerzej informacji o znalezisku, bo baliśmy się hien cmentarnych. Szkoda by było, gdyby zniszczyli taki zabytek.
Nagle zadzwonił telefon. Cała trójka rzuciła się do swoich aparatów, odstawiając taniec paralityków, bo żaden nie pamiętał, w której kieszeni znajduje się jego komórka.
– Tak, słucham? – odebrał Andrzej – A to ty... Niedaleko, na cmentarzu... Dobra, już jedziemy... Cześć, pa. Koniec zwiedzania proszę wycieczki, Ewelina nas popędza, czekają ze śniadaniem. Zawsze jemy śniadanie koło dziesiątej, żeby nie robić kłopotu pani Basi. Nie będzie przecież robić kanapek dziesięć razy dziennie, w zależności od tego, kto kiedy wstanie. A jak ktoś nie wstanie na dziesiątą, to musi sobie sam coś zrobić, rączek nie ucięło, jak mawia pani Basia. Ale nie radzę. Po pierwsze; pani Basia bardzo nie lubi, jak jej się ktoś plącze po kuchni, po drugie; śniadania pani Basi to czysta poezja i szkoda, żeby was miały ominąć. Tak samo jak obiady i kolacje. Ale dzisiaj kolację musimy zrobić sami, bo pani Basia ma wychodne.
– Pani Basia długo u ciebie pracuje? – zapytał Bogdan zastanawiając się mimochodem, czy jest ona następczynią owej służącej od zimnej herbaty.
– U mojego ojca pracowała ponad 20 lat. Pani Basia to prawdziwy skarb i niekwestionowana władczyni tego domu. Nawet Ewelina się jej nie przeciwstawia.
– A właśnie – przypomniał sobie Krzysiek – miałeś nam powiedzieć, kogo tam zastaniemy.
– Oprócz Eweliny, Maćka, Marleny i pani Basi, jest jeszcze Adam i Wanda. Poznałeś ją chyba w Warszawie, kiedy...
– Tak, tak, a ten Adam?
Bogdan spojrzał na Krzyśka zaskoczony. Trochę dziwna była ta reakcja, zupełnie jakby nie chciał się przyznać do znajomości z tą Wandą... „Cierpisz na manię prześladowczą chłopie. – zbeształ sam siebie – Dobrze ci zrobią wakacje, bez kazusów, przestępstw i kodeksu karnego”.
– Adam Grążelowski to gościu z fundacji na rzecz odnowy zabytkowych kamienic w najbardziej zaniedbanych miastach Polski. Czy jakoś tak. Nieważne. Istny maniak. Przyjechał w nadziei, że sfinansuję jakiś cały wielki projekt, zupełnie jakbym był Rothschildem.
– A nie jesteś? – zapytał nietaktownie Krzysiek.
– No wyobraź sobie, że jednak nie. Co jakiś czas przekazuję pewną sumę na rzecz tej fundacji, ale nie zamierzam się wypsztykać z całej forsy. Zaprosiłem go, bo myślałem, że może zainteresuje go ten cmentarz i wreszcie zajmą się nim konserwatorzy z prawdziwego zdarzenia, ale okazuje się, że nie. Jego interesują tylko kamienice. Wąska specjalizacja. Ze śmiertelną powagą namawia mnie, żebym spisał testament na korzyść jego fundacji, bo w końcu żony nie mam, dzieci nie mam, a wypadki chodzą po ludziach. Poza tym nie ma za grosz poczucia humoru. Wszyscy robią sobie z niego jaja, a on bierze każdy żart na serio.

Andrzej zamilkł, bo dojechali na miejsce. Las skończył się nagle i ich oczom ukazała się wielka, ceglana rezydencja zbudowana na wzór typowych mazurskich domków, ale przerastająca je ogromem. Na ganku, do którego z dwóch stron prowadziły schody, stała korpulentna kobieta w sile wieku. Groźnie zmarszczone czoło, poniżej gładko zaczesanych, ciemnych włosów, nie wróżyło nic dobrego.
– Ile jeszcze będziemy czekać! Jędruś to zupełnie jak dziecko! Najpierw Ewelinka musiała mu przypomnieć, żeby wyjechał po gości, a teraz zamiast przywieźć ich do domu, to włóczy się po lasach, choć oni pewnie zmęczeni i głodni!
– Przepraszam, pani Basiu, to się już więcej nie powtórzy! – kajał się Andrzej ze skruszoną miną i iskierkami wesołości w oczach.
– No dobrze... – mruknęła udobruchana gosposia – Niech idą, śniadanie stygnie.
Zza pleców pani Basi wyjrzała wysoka brunetka.
– Ciebie to po śmierć posłać! – zawołała wesoło, naśladując kresowy akcent gosposi – Pani Basia odchodziła już od zmysłów i wyobrażała sobie wszystkie rodzaje katastrof, jakie mogły wam się przytrafić!
– Bogdan i Krzysiek, moi przyjaciele, o których wam opowiadałem – przedstawił ich Andrzej – moja kuzynka Ewelina.
Brunetka mocno uścisnęła dłoń Bogdana, prezentując w uśmiechu olśniewająco białe zęby. Jej hiszpańskie oczy szkliły się radością życia. „Szkliły się... To dobre określenie. Szkliły się radością życia – dokładnie tak...”. Ale nie miał czasu zastanawiać się nad tym dłużej, bo Ewelina wprowadziła ich do wielkiego pokoju, salonu i jadalni zarazem. W skórzanym fotelu naprzeciwko wejścia siedział chudy facet i czytał jakieś opasłe tomisko. Bogdan ocenił go na jakieś trzydzieści lat, ale mógł być młodszy. Na widok wchodzących odłożył książkę grzbietem do góry – Jan Samek „Polskie rzemiosło artystyczne” zanotował Bogdan kątem oka – i wstał, żeby się przywitać. Wymamrotał coś pod nosem i podszedł do masywnego owalnego stołu, przy którym siedziała reszta towarzystwa. Po kolei Andrzej przedstawiał im domowników.
– Wanda, nasza urocza stokrotka, która kiedyś będzie krajać bezbronnych ludzi na stole operacyjnym, serdeczna przyjaciółka Eweliny i moja...
Krzysiek błysnął złowrogo oczami, a przedstawiona w ten dwuznaczny sposób niska blondyneczka, udała, że go nie zauważa.
– Maciek, mój kuzyn. Znajdziecie wspólny temat do rozmów, obydwaj studiujecie prawo.
Bogdan mógłby przysiąc, że w niewinnym tonie Andrzeja usłyszał nutę złośliwości. Najwyraźniej jednak Maciek pozbawiony był takich podejrzeń, gdyż potrząsając ręką Bogdana tak, że biedak czuł się jakby całe jego ciało opanowały epileptyczne drgawki, wyrażał swoją radość z przybycia „kogoś sensownego”.
– Oni się tutaj na niczym nie znają – wyznał Bogdanowi, a jego okrągła buzia promieniała błogością jak oblany lukrem księżyc w pełni.

Przybycie pani Basi położyło kres wylewnym powitaniom. Bogdan został usadzony, przez czyniącą honory domu Ewelinę, pomiędzy Krzyśkiem a Wandą. Naprzeciwko niego siedziała Marlena, ale nawet widok postrzępionych loczków ufarbowanej na rudo trwałej ondulacji tudzież szczerzących się do niego w czarującym uśmiechu krzywych ząbków, nie mógł mu odebrać apetytu. Pani Basia przygotowała prawdziwe delicje. Pochłaniając rozpływające się w ustach przysmaki, dżemy, pasty, pasztety, wędlinę, wszystko niezwykle aromatyczne, zakąszając to puszystym chlebkiem domowej roboty, Bogdan przysłuchiwał się rozmowom toczonym przy stole. Marlena usiłowała oszołomić Krzyśka blaskiem swej elokwencji, co jej się w dużym stopniu udawało. Biedak wyglądał, jakby chciał uciec. Wanda z Eweliną zastanawiały się, czego pani Basia dodała do tej rewelacyjnej pasty rybnej, którą Bogdan degustował właśnie z niebiańskim zachwytem wypisanym na twarzy, nie wiedząc nawet, że w tej samej chwili pozyskuje sympatię gosposi obserwującej go z kuchni. Adam milczał, a Andrzej z Maćkiem zastanawiali się, co zrobić z tak pięknie rozpoczętym dniem.
– Na grzyby nie ma sensu iść – zawyrokował Maciek – ostatnio było tak sucho, że z pewnością nic nie znajdziemy.
– Na ryby też lepiej nie, bo jak tak dalej pójdzie, to staw nam się wyludni.
– Chyba wyrybi...
– Mniejsza z tym. Poza tym pani Basia nas prześwięci, jak jej znowu przyniesiemy worek ryb do oprawienia. – odparł Andrzej, ucinając tym samym dyskusję, bo pozycja pani Basi była w tym domu niepodważalna.
– To chyba pozostają tylko żagle.
Bogdan podniósł głowę. Minęły trzy lata, odkąd ostatni raz kołysał się na falach. Opanowało go gwałtowne pragnienie, żeby znów znaleźć się na pokładzie jakiejś łódki. Teraz, zaraz!
– Jeśli chcecie pływać, to tylko do obiadu. – wtrąciła Ewelina – Ciśnienie spada, idzie na zmianę frontów i po południu może być nieprzyjemnie.
– A tak bardziej po ludzku? – zapytał Andrzej.
– Będzie lać. I to mocno. Wprawdzie deszcz powinien spaść dopiero w nocy, ale lepiej się nie wypuszczać. Tym prognozom za bardzo wierzyć nie można. Pamiętacie, co było w Piszu w 2002 roku?
Wszyscy pokiwali głowami w nagle zapadłej ciszy.
– Ja nie wiem, co się stało w Piszu w 2002 roku. – Bogdan zwrócił się do Eweliny.
– Meteorolodzy zapowiadali burzę. Miała przyjść pod wieczór, ale zjawiła się w samo południe i spustoszyła puszczę piską. Położyła stuletnie drzewa, pozatapiała jachty, powybijała szyby w oknach, pozrywała kable i pozbawiła ludzi prądu. Przez kilka dni drogi były nieprzejezdne, tyle na nich leżało połamanych gałęzi. Zwykły deszcz i tyle.
– Jednak rzeczywiście lepiej nie żeglować po południu. Ostrożności nigdy za wiele – Marlena zwróciła się do Maćka głosem przepełnionym piskliwą słodyczą – Nie wypłyniesz misiaczku, prawda?
Krzysiek ze stukiem odłożył widelec, dając tym samym do zrozumienia, że tym razem definitywnie stracił apetyt. Ewelina na sekundę uniosła oczy ku niebu, całą sobą wyrażając myśl „Z kim to się zadaje mój biedny brat!”. Andrzej rzucił w kierunku Bogdana porozumiewawcze spojrzenie. Pani Basia wkroczyła z werwą do jadalni.
– Jak już nie jedzą, to ja zabiorę. – oznajmiła w przestrzeń i nie czekając na odpowiedź, zaczęła zbierać talerze.
– Pani Basia lepiej od nas wie, kiedy skończyliśmy jeść, kiedy jest nam zimno i powinniśmy ubrać dodatkowy sweter oraz kiedy jesteśmy zmęczeni i najwyższy czas żebyśmy poszli spać. – konspiracyjnym szeptem poinformował go Andrzej.
Bezpośrednie wyjście z jadalni prowadziło na plażę. Andrzej, Maciek i ponury Adam poszli przygotować jacht. Ewelina rozłożyła się na trawniku, wystawiając twarz do słońca.
– Może byś nam pomogła! – zawołał zirytowany Maciek, usiłując się wyplątać z liny kotwicznej – Od czego masz ten patent sternika jachtowego?!
– Właśnie po to, żeby się nie przemęczać. Załóżcie foka, przykręćcie bom, leży w garażu, zbuchtujcie na nowo wszystkie liny, a ja potem przyjdę sprawdzić czy dobrze.
– Ewelina... – Bogdan stanął tuż nad nią – Ja też chciałbym popływać, ale najpierw wziąłbym prysznic po tej podróży, zaczekacie na mnie?
– O, nie musisz się wcale śpieszyć. Im to zajmie trochę czasu. Mój brat jest wyjątkowym beztalenciem żeglarskim, a Adam nigdy wcześniej nie pływał. Jeden Andrzej się orientuje, dlatego zostawiam ich samych, żeby się przy nim poduczyli. Masz spokojnie pół godziny.
– A nie wiesz, który pokój jest mój?
– Na pierwszym piętrze, ten z zielonymi drzwiami. Twoje rzeczy już tam są. Łazienka obok też jest do twojej wyłącznej dyspozycji. Czuj się jak u siebie.


Kolejne dwa rodziały do przeczytania za darmo:
Plik PDF - Pobierz
Plik EPUB - Pobierz

Książkę można kupić na stronie: http://wydaje.pl/ebooks/show/402/Jestesmy-cmentarzyskami