Impreza kamieniczników (9 rozdział powieści „Wintro"), Kornel Maliszewski

             Po pierwszych fikołkach i bałwanach, stał się on po kilku tygodniach dręczycielem, leżał nic nie robiąc i żądał jeszcze ukłonów od wywracających się ludzi, był pasem startowym chłodu, zimna, podmuchów mrozu, które pukały do okien i chciały tulić się do ciepła, aby później przyjmować je do swojej drużyny. Chodziliśmy z Bitelowem w potrójnych skarpetkach, ale czasem nawet one nie wystarczały, więc musieliśmy skakać i ciągle ruszać palcami u stóp, które wiły się jak robaki w koszu bawełny.

            Żołnierze dotrzymali słowa. Już od wczesnego rana chodzili z wódką w ręce, oblewając ściany, chrzcząc schody, wydzierając mordy. Pukali w moje drzwi, a później zaczęli w nie kopać, więc otworzyłem im, a ich uśmiechy przyklejały się do ścian i łaskotały przestrzeń.

            - Zgadnij, co dzisiaj jest?! - Mariusz złapał mnie za ramiona.

            - Wasza impreza, sprzedaliście dragi.

            - Nie tylko, niezły biznesik zakręciliśmy też na tych zegarach dziadka.

            - To kiedy się zaczyna? Jest dopiero 13.

            - My już chyba zaczęliśmy, co nie? - Misio porozumiewawczo walnął łokciem Mariusza, a ten zaczął chichotać.

            Długo musiałem ich namawiać, żeby zaczęli o dwudziestej, że potrzebna im mała drzemka. Chwilę poburczeli, ale dali się w końcu przekabacić i radośnie poszli na górę do siebie.

            Przewertowałem do końca zeszyt Irmy Pieronek i okazało się, że znalazłem tylko jeszcze jedną jej historię. Jej bohaterka, dziewczynka I., szła z rozpuszczonymi włosami na górę nad miastem, ale właśnie na szeroką ulicę wpłynął szary wieloryb i połknął dziewczynkę do szczętu.

            Dochodziła dwudziesta. Misio i Mariusz udawali na górze słonie i trąbili na całą naszą rezydencję z kamienia. Postanowiłem trochę poczekać, bo nie chciałem siedzieć z nimi samemu, więc posiedziałem w mroku, obserwując białą pustynię za oknem i metry szalików, które obwijały ludzi. Chciałem, aby miasto miało płozy i jeździlibyśmy nim po całym świecie.

            Szumy na górze były coraz głośniejsze, do tumultu gardeł żołnierzy dołączyli inni, tworząc wersję demo dżungli. Wszedłem cicho po schodach, nasłuchiwałem chwilę pod drzwiami i wpakowałem się do środka. Wszyscy kamienicznicy w półmroku poruszali się po niewielkich pomieszczeniach. Czasem na ziemię spadała butelka, ktoś brzdąknął słowem, jakaś kobieta rzucała kośćmi obcasów po kaflach kuchni, wszystko to więdło jednak, gdy Misio albo Mariusz wydzierali swoje wciąż opalone twarze, krzywiąc je i szukając świętości w ogłuszającej wrzawie.

            Przemykałem cicho wraz z półcieniami, chciałem być niezauważony, przyglądać się dziwnym twarzom, dziurkom w nosie, rękom gładzącym podgardla. Moją pozycję odkrywały tylko dzieci, dwójka chłopców porządnego małżeństwa i córka Szlafroka, które przemykały udając, grupę szalonych motocyklistów.

            Ktoś położył mi dłonie na oczach i szepnął „zgadnij kto to?”. Wiedziałem, że to Szlafrok, ale wymieniłem najpierw Marylin Monroe i kilka innych hollywoodzkich gwiazd, aby ją ucieszyć.

            - Co tam u ciebie, kochany? - szepnęła mi do ucha - dlaczego mnie unikasz od tylu miesięcy?

            - Pracowałem.

            - Nie szukaj wymówek, wiem, że przestałam ci się podobać - czknęła już mocno pijana. Dobrze, że uratował mnie od niej Misio, który wypatrzył mnie przez mgły nocy i unoszący się dym, podniósł do góry i podrzucił.

            - Mam cię, profesorku - zaśmiał się, a ja szybko spłynąłem po szarej ścianie do innego pomieszczenia.

            - I ile mógłbym za to kupić? - pytał Bitelow naszego sąsiada, sprzedawcę ubezpieczeń.   - Po roku roboty to auto, potem może mieszkanie, na pewno kobieta by się też znalazła - sąsiad mówił z miną eksperta wciąż w tej samej koszuli.

            - Posprzedajemy trochę ubezpieczeń tej nocy? - wtrąciłem się w ich rozmowę, wyrywając im szklanki i wypijając ich drinki.

            - Win, byś się wstydził… a wiesz, że może będę zarabiał duże pieniądze? Nasz sąsiad mnie polubił i proponuje mi dobrze płatną posadę - powiedział z dumą Bitelow.

            - Tak, przestaniesz wagarować, kupisz sobie kapelusz, neseser i będziesz biznesmenem, Biti!

            - Proszę, nie zniechęcać chłopaka, to jest doskonały materiał na sprzedawcę ubezpieczeń. Ma dobrą postawę, lekki krok i przenikliwe oczy.

            - Nawet po pijaku chcesz gadać o ubezpieczeniach?

            - Nie widzę w tym nic nieodpowiedniego.

            - Co chciałbyś robić tak naprawdę?

            - Lubię sprzedawać ubezpieczenia, czasem łowię ryby. Wszystko musi mieć swoje miejsce, poza tym mam rodzinę na utrzymaniu - zaczął się niepotrzebnie tłumaczyć.

            - Taki zakład Pascala wciskasz ludziom.

            - Powiedzmy - odpowiedział zniecierpliwiony, a ja ruszyłem dalej w mrok.

            Obijałem się o ściany i zaglądałem w różne kąty. Wydawało mi się, że to mieszkanie ma w ścianach wielki jęzor, który czasem je sprząta. Mrok chichotał, pod sufitem latały nietoperze i ptaki, tylko kilka lampek walczyło z ciemnością, ale były przykryte grubymi kocami. Zaglądałem w różne zakamarki żołnierskiego gniazdka, znajdując długie rurki, okulary, mierniki, lewatywy, gwoździe, kilka sztuk starej broni. Trzymałem się ścian i czułem, że ktoś prowadzi mnie palcem jak kawałek żelaza po magnezowym torze.

            - Hej, siadaj! - wrzasnął Mariusz i ściągnął mnie do siebie pod ścianę, przy której obalał wódkę, trzymając po jednej sztuce w każdej ręce.

            - Pij to! - podał mi jedną butelkę, a ja gorzko przełknąłem kilka łyków.

            - Korki pierdolnęły, ale nie chcę mi się schodzić na dół, niech tak będzie.

            - A te kilka lampek pod kocami?

            - Tu nie ma żadnych lampek - zdziwił się, a ja razem z nim.

            - Opium się rozeszło? - spytałem.

            - Jak świeże bułki, ale mamy jeszcze trochę, niektórzy nas całowali po rękach, że mogli pierwszy raz spróbować.

            - Znacie już wszystkich z kamienicy?

            - Wiadomo, od razu się poznaliśmy, dzieciaki raz nawet zabraliśmy na lody i pozwoliliśmy się im pobawić żołnierskim sprzętem. Lubią nas wszyscy - powiedziała jego duża głowa, a tuż obok przemknęła Szlafrok, bo wyczułem jej dziwne, słodko-kwaśne perfumy. Mariusz dwuznacznie się uśmiechnął, gdy zniknęła w korytarzu.

            - No, nie mów mi, człowieku - walnąłem go w ramię.

            - Nieźle ją obracaliśmy - zarechotał.

            - Też miałem przyjemność, ale cipa za szeroka.

            - No, dokładnie to! - oddał w moje ramię - człowieku, to była pochwa ludojad, myślę, że mógłbym do niej wejść i przezimować, jakbym nie miał domu.

            - We dwóch ją braliście?

            - We dwóch z Misiem się udawało ją wypełnić, ale wiesz tak trochę dziwnie się kutasami szurać, to robiliśmy jeden z przodu, drugi z tyłu.

            - Kojarzysz jej męża? Ja go nigdy nie widziałem.

            - Takie czarne dziwadło. Zęby ma wszystkie zepsute. W ciemności na klatce to można dostać pierdolca z nim sam na sam.

            - A przyszedł tutaj?

            - Widziałem go gdzieś, wąchał tu i tam. Nie wiem, gdzie się podział w tej ciemności.

            Zostawiłem Mariusza przyklejonego do ściany, gdy wpadł w cichy półsen. Deski pode mną skrzypiały, Szlafrok zaśmiewała się w mroku, a duży księżyc wisiał daleko za kamienicami. Zobaczyłem dwie postaci siedzące na łóżku i szybko do nich doskoczyłem.

            - Ja się czuję jak grzechotnik, gdy mi źle, albo mi smutno, coś tam we mnie grzechota - opowiadał pijany Bit przyjacielowi ubezpieczalskiemu i widać, że skierował rozmowę w swoje rejony życia.

            - We mnie też coś takiego siedzi, szczególnie po przebudzeniu. Taki kamień, niechęć, mam ochotę w ogóle nie wychodzić i się nie ubierać - odpowiedział mu równie pijany Pascal.

            - Mogę mówić na ciebie Pascal? - ryknąłem mu do ucha.

            - W porządku - rzucił, zrobił mi troszkę miejsca i spytał:

            - A co ciebie trapi, Wintro?

            - Widzę czasem różne rzeczy, ale to chyba nie problem - wypaliłem i zagrałem Bitelowowi na kolanach jak na perkusji.

            - I jaki ty… w tym widzisz sens?

            - Czasem się pojawia przy ostatnim zdaniu - powiedziałem w próżnię, zamyśliliśmy się i nikt się nie odezwał przez dłuższą chwilę. Misio chyba się z kimś zabawiał w akwarium korytarza, bo słychać było obłapiające się ciała i mlaski języków. Miałem nadzieję, że to Szlafrok, a nie żona Pascala, bo skończyłoby się to wszystko niezłą bijatyką.

            - Znasz tę historyjkę o biznesmenie, który przyjeżdża na wyspę i gada z rybakiem? - spytałem Pascala.

            - Nie znam - zaszumiał i wtulił mi się w ramię. Opowiedziałem mu przypowiastkę, a on patrzył tylko srebrnymi gałkami w okno. Chyba był już nasz, przynamniej do rana.

            - I jaki to ma wszystko sens?- spytał z oburzeniem - zapierdalać, a tak naprawdę to jest nic (chuja) niewarte?

            - Dokładnie tak - przytuliliśmy go z Bitelowem, ale on nie mógł przestać się trząść.         Leżeliśmy pokotem na łóżku. Gdy walnęło się w stary materac ręką, wzbijał się kurz i płakały pod nami sprężyny. Coś weszło do pokoju, spojrzało na nas i zapytało o papierosy. To był mąż Szlafroka. Rzeczywiście, facet był chory i oddawał dobrze nastrój ciemnego mieszkania.

            - Co porabiacie? Porabiacie? - bełkotał zza zepsutych zębów.

            - Napraw se zęby - Pascal był w otwartym nastroju.

            - Uważaj se - dzik zaczął wymachiwać łapami, ale odpychaliśmy go skutecznie na środek pokoju.

            - Ja grzeczny, a wy z ryjem, tacy jesteście sąsiedzi? - szczerzył się karbonem z paszczy.

            - Boimy się ciebie - Pascal nacierał.

            - To jest choroba.

            - Chyba dżuma, diable - sprzedawca wstał z kanapy i zaczął się szarpać z dzikusem. Nie wiedziałem, co on wyprawia, chyba alkohol tak działa na sprzedawców ubezpieczeń i powierza mu w nocy wszystkie lokaty wariactwa i samotności.

            Podbiegliśmy do nich i szybko ich rozdzieliliśmy, a wszystko zakończył Mariusz, który wstał spod ściany i rozdał sprawiedliwie po gongu.

            - Świat to bat! - zaczął śpiewać za chwilę, złapali się z Misiem za ramiona i wymachiwali żołnierskimi butami, które śmigały nam koło nosów. Dzikus i Pascal wyglądali na pogodzonych. Rozcierali guzy na twarzach i wymienili się uwagami o bólu i prawdopodobnym czasie gojenia ran.

            Czułem słodką woń trawionego alkoholu. Wszyscy powoli coraz bardziej się do siebie zbliżali i chcieli nawzajem uwielbiać. Te pokoje były jak zgniłe zęby do wyrwania w trybie natychmiastowym. Wielkie szczypce mogłyby pojawić się nad miastem, wziąć je w obroty i wyrzucić daleko na wysypisko. Ściany pewnie nie były dumne z mieszkańców, patrzyły srogo, chciały, żeby wreszcie wyginęła ludzkość, mogłyby wtedy same spokojnie czekać na popiół i pył, obrastane mchem, paprociami, zapamiętaniem i zapomnieniem natury. Zgodziłyby się na pewno na układ, żeby ludzie mogli rodzić dziecko, zabijając wcześniej inne, cholerstwo by się tak nie rozmnożyło, nie zaczęło betonować, nie nienawidziłoby, nie goliło nóg w miskach, nie wycinało polipów z przepastnych gardeł.

            - A gdzie jest dziadek?! - wydarłem się, przekrzykując tulące się do siebie ciała, wprowadzając ich w konsternację.

            - Gdzie dziadzia?! - podchwycił Misio.

            - Musimy po niego iść, bo pewnie mu smutno! - zaaprobował Mariusz i szybko zebraliśmy drużynę.

            - On na pewno chce na śnieg - pierdnął ustami cholerny pijany Bit, gdy zaczęliśmy dobijać się do suchego dziadzi.

            - Biegnij po łom, podważymy - Mariusz wydał rozkaz Misiowi, a ten za moment był już z powrotem.

            - On chce wolności - Pascal kopał w klamkę, ale Mariusz go przesunął i zmiażdżył łomem zębaty zamek.

            Wpadliśmy jak banda małp do jego eleganckiego mieszkania. Odezwało się kilka wystraszonych zegarów, z jednego wyskoczyła pohukująca kukułka. Nasze nieskoordynowane ruchy odbijały z ironią szalone lustra.

            Znaleźliśmy dziadzię w kącie. Sapał niczym suseł na swoim szachrajskim wózku, ale Misio szybko go obudził, klaskając w dłonie.

            - Co jest? Złodzieje? - chciał się bronić swoimi suchymi gałązkami, ale nie miał szans, bo Mariusz już ubierał mu znalezioną czapkę, a Bitelow okrywał go kocem.

            - Masz rację, dziadku, porywamy cię - zawył jak wilk Pascal, a my powtórzyliśmy, zagłuszając zmartwioną kukułkę.

            Misio na plecach zniósł go na ulicę razem z wózkiem. My, przewracając się na schodach, wypadliśmy za nim.

            - Ja nie chcę nigdzie jechać, wy łobuzy, chuje!

            - Jedziemy na śnieg - uśmiechnąłem się do niego.

            - Ja nie chcę - zawył, ale już pędziliśmy mroźnym szlakiem. Bitelow z Misiem pchali go z niesamowitą szybkością, a my biegliśmy obok, czasem jeżdżąc na butach i wywracając się pijacko na lodzie.

            Zimny wicher wchodził nam prosto do płuc. Dziadkowi zamarzały kapiące łzy, a na źle dogolonym wąsie osadzał się chłodek. Pascal rozbijał rękami sople, Mariusz bombardował mijane okna śnieżnymi kulkami. Arktyczna mąka przyczepiała się do butów, szpiczaste mleczne ulice uśmiechały się do nas tysiącem oczek, zapraszały do ślizgów i rajdu. Rzeka płynęła tylko małym ciurkiem, ślina chciała zamarznąć w ustach, a my dalej biegliśmy po przesmykach i zaułkach miasta.

 Tętno przykrył lód, nikt nie miał już siły, koła wózka ślizgały się na taflach zmarzliny i chciały wykonać piruet, zburzyć kilka igloo i rozpętać śnieżą burzę. Gdy wszyscy przystanęli z braku sił, wypluwając ostatnie ciepłe oddechy, ktoś zaproponował, aby usiąść.

- Nie wybaczę wam - sapnął suchy dziadek zza bawełnianej czapki, gdy siedzieliśmy na środku białego placu, patrząc na siebie i śmiejąc się w duchu.

- Niech pan przestanie, przecież jest dobrze - pocieszyłem go.

            - Zimno mi, nie jestem młodym szczupakiem jak wy - zakasłał, a Misio z Mariuszem szybko okryli go swoimi kurtkami.

            Pascal śmiał się w niebo, bawiąc się dużym soplem. Mariusz posypał opium i chciał je palić w nocy, tęgą zimą, na środku placu.

            - Myślałem, że to sen - zaśmiał się wreszcie dziadzia.

            - Wie pan, trzeba się było wyrwać - Bitelow przejechał palcami po szprychach jego wózka.

            - To palimy - zaciągnął się Mariusz i posłał babola do Misia.

            - Jak ja sobie przypomnę Afganistan, to tutaj można ocipieć z tą zimą - olbrzym puścił potężnego bucha w chłód, podając Bitowi dynamit, a on zaciągnął się jak wariat, zajadając później kupką śniegu.

            - Co wy tu palicie? - spytał Pascal, parząc sobie dłonie i cmokając lekko końcówkę, gdy dostał od Bita swoją kolej.

            - Pustynię, kurwa - odpowiedział Mariusz, a my przyglądaliśmy się już, jak zaciąga się dziadek i puszcza wesołe dymki zakłócając plany zimowych, obrażonych podmuchów.

            - Co się patrzycie? - dziadzia się oburzył - całe życie byłem porządny facet, na starość mi się coś należy.

            - Ja nie chcę - oddałem Mariuszowi, gdy do mnie doszło i zapatrzyłem się w skrzący śnieg - ja już chyba też poczekam na starość, teraz mam jeszcze trochę do zrobienia, a na emeryturze znowu przypierdolę.

            - Starość to chuj - huknął Misio i spojrzał później ze wstydem na dziadzia, ale ten zapadał w sen i tylko lekko się uśmiechnął na tę uwagę.

            Ostre powiewy z północy zaprosiły nas do tańca, chciały, abyśmy zostali dłużej, aby mieć mięso, model ciała, kamień na rzeźbę, aby nas odnaleźli, wtulonych w siebie i zastygłych, pierwsi poranni eksploratorzy. Szpilki chłodu kłuły nas i gryzły w twarze, ale siedzieliśmy dalej. Sześciu nienajgorszych gości.

            Pascal, sprzedawca ubezpieczeń, chwilowy antymaterialista, kochający mąż i ojciec, Misio i Mariusz, byli żołnierze, słodcy palacze opium i apostołowie siły stojącej po dobrej stronie, Dziadzia, śniący mistrz, którego chciał zabrać już czas, Bitelow, początkujący filozof i szaleniec, zaciekły wagarowicz, niezastąpiony pomocnik i dobry chłopak, i ja, Andrzej Wintro, samozwańczy pastor i pisarz, który podążał ze strachem za czerwonym światłem.

Kornel Maliszewski


Konkursy

Skaza na niebie - Tomasz Kołodziejczak
Czas trwania: 14-09-2021 - 19-09-2021
Bobcio i mecz żużlowy  - Marta Magdańska,  Mariusz Hołod
Czas trwania: 14-09-2021 - 19-09-2021
Kosmiczne fenomeny - Jonathan Powell
Czas trwania: 14-09-2021 - 19-09-2021