Folwark warszawski. Mateusz Poreda. Jirafa Roja 2013

Folwark warszawski - Mateusz  Poreda

ROZDZIAŁ 1

—  Twoje życie musi powalać na kolana! Ma być szybsze niż kino akcji i bardziej szokujące niż zwierzęca pornografia! Wymaż z niego wszelką monotonię. Jeżeli do tej pory myłeś zęby zgodnie

 ze wskazówkami zegara, to teraz… przestań w ogóle je myć! Zamień poranną kawę na poranny seks, a wieczorny jogging na

nielegalne wyścigi uliczne! Gdy Hollywood dowie się o twoim istnieniu, wytwórnie mają się pozabijać o prawa do opowiedzenia twojej historii!

Za wszelką cenę starałem się zachować koncentrację, ale pusty wzrok otaczających mnie martwych zwierząt znacząco utrudniał to zadanie. Gdy stojąca na stoliku kawowym wiewiórka wycelowała we mnie swoje ogromne siekacze, długopis niemal wypadł mi z ręki.

— Może pan powtórzyć tą część o zwierzętach? — w tych warunkach ciężko było nadążyć z notowaniem bezcennych uwag dziekana, który był zarazem (co napawało mnie dumą) promotorem mojej pracy magisterskiej.

—  Proszę cię, nie mów, że ty to wszystko notujesz?

Profesor Samuel Schmidt wyskoczył zza biurka, wyrwał mi z rąk notes i odczytał kilka ostatnich zdań. Tak, notowałem słowo  w słowo.

—  Janku… powiem ci szczerze — na twarzy Schmidta malowało się załamanie — ze względu na twoją reputację długo zastanawiałem się nad tym, czy zostać twoim promotorem. Według moich drogich kolegów profesorów, którzy znają cię już kilka dobrych lat, jesteś najpilniejszym i najbardziej uporządkowanym, a tym samym najnudniejszym uczniem w historii tego uniwersytetu — tu cisnął moim notesem do kosza na śmieci.

—  Dziękuję… — z niepokojem śledziłem los moich skrupulatnie

 wykonanych notatek, puszczając pejoratywny komentarz mimo uszu.

—  To nie był komplement. — Samuel pogłaskał wypchanego borsuka, który zdobił jego mahoniowe biurko, po czym tą samą ręką poprawił swoją siwą czuprynę. Wzdrygnąłem się na samą myśl o przeniesionych pasożytach.

—  Z góry ostrzegam, że jeżeli praca choć w ułamku przypominać będzie twoje szare życie, nie dostaniesz zaliczenia, nie wspominając nawet o wymarzonym stażu w mojej prywatnej klinice.

Tu z sentymentem rozejrzał się po tapetujących ścianę certyfikatach i odznaczeniach. Na zaszczytnym miejscu wisiał dyplom dla najlepszej placówki psychologicznej w kraju, który ośrodek profesora Samuela Schmidta zdobył już czwarty raz z rzędu.

—  Od tej pory będę żył na krawędzi. — obiecałem, poprawiając delikatnie wygięty kołnierz koszuli. — A może mi pan polecić jakieś artykuły lub książki, które pomogą mi w pisaniu pracy?

—  Książki? A kto w tych czasach czyta książki? — profesor był wyraźnie zaskoczony moim pomysłem. — Twoja praca będzie miała charakter eksperymentu społecznego. Jeżeli ma być wiarygodna, musisz oprzeć się na obserwacji wszystkich grup społecznych: od menelów i dresiarzy, poprzez klasę średnią i inteligencję, na politykach i celebrytach skończywszy.

—  Ale nie znam osobiście żadnych politykow i celebrytów… — zgłosiłem sprzeciw — a tym bardziej menelów i dresiarzy.

—  To poznasz! — podirytowany profesor tupnął nogą, że aż wypchany dzik podskoczył do góry. — Pamiętasz początek mojej podniosłej przemowy, kiedy to wzmiankowałem o porywającej przygodzie życia, którą masz przeżyć? Częścią tej bajkowej przygody będzie spanie na ławce pod gazetami w slumsach i wciąganie kresek koki z tyłków gwiazd popu.

—  Ale jak niby mam to zrobić?

—  Sobieski, chcesz, żebym się na ciebie pogniewał?

Profesor usiadł na biurku, odpalając papierosa. Gabinetowy czujnik dymu zalepiony był grubą warstwą taśmy klejącej. Dziekan świecił przykładem przestrzegania zasad BHP.

—  Nie spieprz tego — Schmidt nie przebierał w słowach. —

Wszyscy studenci psychologii śnią po nocach o stażu w mojej klinice, a ty stajesz przed realną szansą spełnienia tego marzenia. Wystarczy, że napiszesz najlepszą pracę magisterską, jaką widziała ta uczelnia! Masz ku temu możliwości, w to nie wątpię, ale w twojej pracy muszę zobaczyć, że masz coś jeszcze. Wiesz, co mam na myśli?

— Wyobraźnię?

—  Jaja! — poprawił mnie Samuel. — W tej pracy chcę zobaczyć

 twoje wielkie, soczyste jaja! A teraz zmykaj. Mam ważne spotkanie.

Wstałem, skinąłem głową, lecz zamiast wyjść z gabinetu, przykucnąłem nad koszem na śmieci, szukając sposobu na czyste odzyskanie notatek.

Dopiero po chwili zdałem sobie sprawę, że Schmidt nadal mnie obserwuje.

— Ma pan może gumowe rękawiczki? — zaryzykowałem pytaniem, ale w odpowiedzi padło tylko nienawistne warknięcie.

Przemogłem się i z obrzydzeniem, używając jedynie koniuszków palców, wyciągnąłem notatnik i szybko wrzuciłem go do plecaka.

Nie chcąc jeszcze bardziej prowokować dziekana, rzuciłem się ku wyjściu. Schmidt dość mgliście nakreślił mi zarówno plan, jak i sposób pisania pracy, ale dalsze pytania o tajemnicze wytyczne nie miałyby większego sensu. Mimo to pozostawała jedna pasjonująca mnie kwestia:

— Mogę mieć do pana jedno prywatne pytanie… — odwróciłem

 się od drzwi, przyłapując profesora na wyciąganiu z szuflady biurka flaszki z bursztynowym płynem, którą szybko ukrył za ogonem borsuka — na kampusie chodzą plotki, że zmienił pan nazwisko ze Schnitzelmacher. To prawda?

—  Urzędnikom germanizującym moich pradziadków nie brakowało poczucia humoru, podobnie zresztą jak twoim rodzicom — odparł kąśliwie, już bez krępacji spijając solidnego łyka whisky. — Masz jeszcze jakieś błyskotliwe pytania?

Wystarczyło objąć gabinet wzrokiem, by zrozumieć, że dziekan był typem faceta, którego lepiej nie drażnić. Dyplomy wydawały się jedynym elementem typowym dla akademickich pomieszczeń. Bardziej jednak niż one w oczy rzucały się oprawione w ramki, niemalże niecenzuralne zdjęcia z młodzieńczych lat Schmidta w zespole hard rockowym i multum wypchanych trofeów myśliwskich, którym akompaniowała zawieszona wśród poroży strzelba (zdaje się zresztą, że wbrew regulaminowi uczelni). Wyszedłem na korytarz  z nadzieją, że Czechow się mylił.

 

* * *

 

Ja — nudny?! Co za bzdura! — myślałem, jedząc kanapkę w drodze powrotnej z biblioteki. Idąc chodnikiem, dokonywałem wszelkich starań, żeby omijać krawędzie łączące płyty. Słowa promotora od tygodnia nie dawały mi spokoju.

Co taki dziekan, wielka osobistość świata psychologii o wyraźnych skłonnościach autodestrukcyjnych, może wiedzieć o mojej skromnej osobie? Pierwsze słyszę, żeby skrupulatność, obowiązkowość i odpowiedzialność były cechami negatywnymi! Miałem dość jasno określony cel i szczegółowy plan, jak go zrealizować. Wystarczyło po prostu nie zbaczać z wyznaczonej ścieżki. Ceniłem bezpieczeństwo i spokój, ale żeby od razu nazywać moje życie szarym? Cholera, nadepnąłem na krawędź.

Ok, w moje życie wkradła się może monotonia i nawet byłem jej świadom, ale w gruncie rzeczy wcale mi ona nie przeszkadzała. Nie byłem rozczarowany rutyną. Ba! Zaryzykowałbym stwierdzenie, że byłem najszczęśliwszym człowiekiem na świecie.

No bo może i do tej pory zbyt wiele nie osiągnąłem, ale wierzyłem, że była to wyłącznie kwestia czasu. Nie zarabiałem żadnych pieniędzy, ale moje konto w magiczny sposób co miesiąc zasilały zastrzyki gotówki od ojca, co zapewniało mi bezcenną beztroskę. Nie miałem ambicji, by znaleźć się na okładce Forbse’a, więc póki co w zupełności wystarczała mi możliwość zaspokojenia moich studenckich potrzeb. A o finansową przyszłość po odcięciu pępowiny też specjalnie się nie martwiłem. Do edukacji, a tym samym fundamentu mojej kariery zawodowej, podchodziłem zawsze bardzo poważnie, chociaż kariera nie była dla mnie celem samym w sobie. Bardziej narzędziem. Filarem mojego szczęścia i ładu była…

Para dresiarzy maszerowała dumnie równoległym chodnikiem. Moj szósty zmysł natychmiast wyczuł jedno z największych zagrożeń, jakie czyhały w miejskiej dżungli. Jak zawsze w takiej sytuacji intuicja podpowiadała mi, żebym zawrócił, ukrył się między drzewami, zszedł z pola widzenia podejrzanych typów, ale w tym momencie rozbrzmiewające w mojej głowie słowa profesora Schmidta okazały się głośniejsze.

Skorygowałem tor ruchu, pędząc prosto na dwóch osobników ubranych tak, jak gdyby uprawiali jogging lub szli na mecz. Obawiałem się jednak, że ich zamiary nie miały nic wspólnego ze sportem. Z każdym krokiem wzmagało się we mnie przerażenie i nadzieja, że moje podejrzenia są niesłuszne. Może ci dżentelmeni byli tylko niewinnymi studentami, którzy najzwyczajniej w świecie mieli taki styl ubierania się?

—  Pożyczysz portfel? — niski głos grodzącego mi drogę chłopaka sprawił, że moja wiara w ludzkie dobro runęła jak domek z kart.

Odziany w spodnie dresowe i T-shirt trzecioligowego klubu piłkarskiego dwudziestokilkulatek chyba jednak nie był studentem, podobnie zresztą jak towarzyszący mu dwumetrowy łysol.

—  I komórę… — dodał nad wyraz wysokim, wręcz piskliwym głosem łysy, otrzepując ze żwiru nowiutkie, bo wciąż świecące się jak jego glaca, adidasy.

Cztery paski paski biegnące od obuwia przez dresowy komplet aż po zanikającą szyję świadczyły wyraźnie o tym, że mężczyzna dbał, by zawsze być widocznym na drodze.

—  A kiedy oddacie? — zapytałem naiwnie, wyciągając z kieszeni żądane ode mnie przedmioty. Szybko jednak zrozumiałem, że coś jest nie tak. — Zaraz, przepraszam panowie, czy wy chcecie mnie okraść? — zdecydowałem się zapytać wprost, niepostrzeżenie chowając z powrotem komórkę i portfel.

Gdy chłopaki zastanawiali się nad odpowiedzią, kątem oka zbadałem ewentualne drogi ucieczki. Mogłem biec, ale otwarta przestrzeń Pola Mokotowskiego nie dawała szans na działania dywersyjne.

—  No a co, kurwa!? — odpowiedział niższy, najwyraźniej mózg przedsięwzięcia.

—  Aha, to ja w takim razie… — już chciałem zakończyć tą niewątpliwie głęboką konwersację, gdy potężna łapa łysego zacisnęła się na mojej krtani.

Czułem się jak mała mysz przygnieciona kocią łapą. Od gryzonia różniło mnie tylko to, że nie próbowałem za wszelką cenę wydostać się z pułapki drapieżnika. Wiedziałem, że opór tylko pogorszyłby moją sytuację.

— Wyskakuj z kasy! — zażądał niższy, dumnie zaginając daszek nieco przymałej bejsbolówki z wymownym nadrukiem HWDP.

Nim jednak sięgnąłem do kieszeni, na żwirowej uliczce tuż obok nas zatrzymał się radiowóz. Przez okno pojazdu wyglądał otyły funkcjonariusz, zajadając się opływającą lukrem drożdżówką.

— Wszystko w porządku? — zapytał, zapijając posiłek łykiem kawy.

Minęła chwila, nim napastnicy uświadomili sobie, że na drodze do zdobyczy stanęła im większa ryba.

—  Jacha, panie władza, to przecież nasz ziomek, co nie? — odparł z olbrzymią dozą wiarygodności niższy chłopak, instynktownie przekręcając bejsbolowkę o 180 stopni.

—  Ty, Jurek, tamci chyba spożywają alkohol! — spostrzegł oficer w fotelu pasażera, wskazując na trójkę studentow siedzących na ławce w cieniu rozłożystego kasztanowca.

Moi rówieśnicy, gdy tylko spostrzegli mundurowych, dyskretnie (jak im się wydawało) wsunęli puszki z piwem do plecaków.

Policjanci nie dali się zwieść. Ruszyli z piskiem opon, zostawiając mnie na pastwę moich oprawców. Jak zwykle wybrali sytuację o większej szkodliwości społecznej.

—  Psy już ci nie pomogą. — niższy poprawił bejsbolówkę, prezentując mi zdobiącą ją inskrypcję — wyciągaj hajs!

—  Ale zaraz, panowie, — zaprotestowałem — nie podkablowałem was policji — co korelowało ze zgniatającą moją krtań łapą łysego. — Czy wasz kodeks honorowy nie nakazuje zostawić mnie w spokoju?

—  Ej, czy on nas obraża? — zapytał wyższy, zaciskając pięści. Głos łysego drągala był tak niski, że jego dłuższa wypowiedź wystarczyłaby, żeby ściąć mózg lub przywołać stado bezpańskich psów. Skojarzyło mi się to z dzikimi kotami, które paraliżują swoje ofiary nie tylko widokiem ostrych kłów, ale też infradźwiękami zawartymi w ich ryku. Zaraz, o czym ja myślę? Chyba zaczyna brakować mi powietrza…

—  Spoko Łysy, koleżka jest niekumaty — niski kompan na szczęście zdołał w porę wyjaśnić sytuację, co automatycznie poluzowało uścisk drągala.

—  Adrian, nie mów do mnie po ksywie… — Łysy szepnął konspiracyjnie do ucha niższego kolegi, pragnąc, by jego jakże oryginalne i zaskakujące przezwisko pozostało tajemnicą.

Niższy, za ujawnienie imienia, walnął Łysego w tył głowy, do którego zresztą ledwo dosięgnął.

—  Gdybyś powiedział coś psom, już byś nie żył — zwrócił się do mnie. — A tak, to nawet wpierdol nie będzie — odetchnąłem

z ulgą. — Ale komorę i hajs musimy zabrać, taka robota.

Już chciałem zrzec się żądanych obiektów, gdy w mojej głowie rozbrzmiały wątpliwości, co dziwne, głosem Schmidta — „I to ma być przygoda? A co ciekawego jest w poddaniu się napastnikom?! Zrób coś, do cholery!”.

„W sumie co mi szkodzi…” — pomyślałem naiwnie — wystarczy, że załatwię sprawę delikatnie…” — następnie zwracając się do napastników:

—       Wybaczcie panowie, ale możecie mi obciągnąć.

 

 

 

Wyda się to może szokujące, ale opór nie na wiele się zdał. Co prawda moja wulgarna wypowiedź została przyjęta nad wyraz pobłażliwie, ale telefon i portfel i tak straciłem. Następnie, żeby nie było zbyt pięknie, dżentelmeni w dresach uznali, że mam pedalskie buty, dlatego też, rzecz jasna dla mojego dobra, postanowili mi je skonfiskować.

Pokonując resztę drogi boso, przyciągałem wzrok rozbawionych przechodniów. Czułem się jak pozbawiony ogona kot, ktory wśród reszty stada postrzegany jest jako osobnik gorszy.

Zdaję sobie sprawę, że stosowanie tak częstych porównań do świata zwierząt wydaje się infantylne i niedzisiejsze, albo inaczej — debilne i niemodne. Otóż nie jest to do końca objaw mojego zdziwaczenia — uważam się za osobę relatywnie normalną. Stosowane przeze mnie zabiegi stylistyczne mają charakter czysto naukowy.

Wytłumaczę to tak: jestem studentem piątego roku psychologii na Uniwersytecie Warszawskim i piszę pracę magisterską pod tytułem „Studium zachowań homo sapiens jako dowód na ich ewolucję od najprymitywniejszych form życia”.

Od początku studiów marzyłem o tym, żeby otrzymać staż w legendarnej już, prywatnej klinice równie sławnego Samuela Schmidta, a gdy dowiedziałem się, że przepustką do moich marzeń może stać się praca magisterska, postawiłem wszystko na jedną kartę. Ostatnie dwa lata wyciskałem z siebie siódme poty, żeby znaleźć się w elitarnym gronie jego seminarzystow, a teraz — gdy w końcu mi się to udało — czułem, że nie jestem jeszcze nawet w połowie drogi.

Nad tematyką pracy głowiłem się całe wakacje. Jej dobór nie mógł wynikać z mojej pasji czy jakichkolwiek głębszych przesłanek — najzwyczajniej w świecie musiał być podpasowany pod dziekana Schmidta, który znany był z zamiłowania do kontrowersji. Ta niedoszła gwiazda rocka specjalizowała się w zaburzeniach procesów psychicznych (na które zresztą z dziewięćdziesięcioprocentowym prawdopodobieństwem sam cierpiał), więc entuzjastycznie podszedł do mojej propozycji i chętnie postawił mnie przed wyzwaniem udowodnienia mu, że wszelkie odchylenia od normy w ludzkich skłonnościach i zachowaniu to wcale nie społeczne patologie, tylko spadek po naszych zwierzęcych przodkach.

Temat pracy, nie dość że spełniał wszystkie wymagania promotora (który dodatkowo był pasjonatem fauny, chociaż preferował ją w formie martwej natury), to jeszcze wydawał się względnie prosty — miałem udowodnić, że nie odeszliśmy daleko od naszych zwierzęcych przodkow, czego potwierdzenie znajdowałem niemalże na każdym kroku.

Z drugiej strony wiedziałem jednak, że awangardowy profesor nie przyjmie mnie na staż, póki moja praca nie będzie lepsza niż biblia i Harry Potter w jednym. Maszerując boso i z pustymi kieszeniami, czułem, że nic nie jest w stanie mnie zatrzymać.

—  Chłopcze, czemu paradujesz po ulicy bez obuwia? — na mojej drodze wyrosło nagle dwóch strażników miejskich.

Mundurowi niczym czujne psy wyniuchali, że coś jest nie tak.

— Widocznie prosi się o mandat! — stwierdził drugi, wyciągając notes.

—  Są na to paragrafy? — zapytałem poważnie, zerkając na moje nagie stopy.

—  Ty, on chyba jest pijany… — stwierdził urażony moim pytaniem strażnik. — Nazwisko! — zażądał.

—  Sobieski Jan… — odparłem, na twarzach strażnikow dostrzegając niedowierzanie.

Już chciałem sięgnąć po dowód, gdy przypomniałem sobie, że znajdował się w skradzionym mi wcześniej portfelu.

—  I może jeszcze pod Grunwaldem mieszkasz? — inteligentnie zażartował jeden ze strażnikow.

—  To nie ten król… — poprawiłem uprzejmie, lecz panowie strażnicy nie przykładali specjalnej wagi do zgodności historycznych faktow.

W funkcjonariuszach coś pękło. Zrozumiałem, że w ich oczach byłem upierdliwym, drażniącym się z nimi kotem. Niestety, tych psów nie krępowały żadne łańcuchy.

—       Zobaczymy, jaki będziesz mądry na komendzie…

 

 

Straż miejska dotrzymała słowa. Wystarczył jeden telefon do „Zbycha” z pobliskiego posterunku, by znalazło się dla mnie miejsce w przytulnej celi. Byłem pod wrażeniem, że system karny działał w naszym kraju aż tak sprawnie.

Jeszcze przed godziną grzecznie uczyłem się w bibliotece, a teraz siedziałem za kratkami. I kto by pomyślał, że dobre rady Schmidta tak szybko zaprowadzą mnie aż tak daleko.

Niestety i tu nie zaznałem spokoju. Celę dzieliłem z pijanym jak szpadel panem Władkiem. Gdy zapytałem oficera dyżurnego, dlaczego nie trzymają Władysława na izbie wytrzeźwień, odpowiedział mi, że nie mają tam już miejsc. Skoro tak pełno było tu w środowe popołudnie, przeszło mi przez myśl, że w piątkowy wieczór panowie policjanci muszą chyba zabierać trzeźwych inaczej jegomościów do swoich domów.

Rozmowa z Władkiem (z którym natychmiast przeszliśmy na „ty”) sprawiła, że sam poczułem się jak po kilku głębszych:

—  Słuchaj Edek… — zaczął Władysław, z niemałym trudem wydobywając z siebie każde słowo.

—  Janek… — mimowolnie poprawiłem towarzysza niedoli.

— Marek… Jesteś dla mnie jak syn — kontynuował — nie chcę, żebyś skończył jak ja… — tu mu się odbiło. — Ty Mareczek wyjdziesz na ludzi, jesteś równy gość. Nie dla ciebie kryminał. Sam przekiblowałem kilka lat i powiem ci, że jak już wpadniesz do tego sracza, to już z niego nie wyjdziesz. Państwo zaraz spuszcza wodę.

Władek przybliżył się do mnie, wypełniając moje nozdrza subtelną wonią człowieka, który nie zaznał kąpieli od miesięcy.

—  Nie pozwolę, byś zgnił w pierdlu, Eduś…

Po wypowiedzeniu tych wielkich słów, Władek rozejrzał się w koło, konspiracyjnie sięgając dłonią do swoich gaci. Pogrzebał w nich trochę, wyciągając po chwili aluminiową łyżkę. Patrzył na mnie z taką dumą, jakby zamiast sztućca wyjął pokaźnych rozmiarów przyrodzenie.

— Wydostanę nas stąd — szepnął radośnie. — Nie dam im zniszczyć… naszych marzeń!

Napędzony okrzykiem Władek podbiegł do ściany i zaczął okładać ją łyżką. Domyśliłem się, że jego genialny plan zakłada zrobienie podkopu. Niestety nim zdołał cokolwiek zdziałać, zgiął się w pół i jak kot próbujący odchrząknąć kłaczek, pomęczył się chwilę, po czym puścił pawia i położył się pod ścianą, przycinając komara.

Zaznałem w końcu upragnionej ciszy. Przysiadłem na pryczy, uśmiechając się do siebie.

Zdradziłem już, że uważałem się za osobę ogromnie szczęśliwą. Przygody podobne do dzisiejszych dotychczas starałem się omijać z daleka, ale nawet gdyby przytrafiały mi się codziennie, to i tak nie mogłbym narzekać. Zresztą, czego jeszcze mogłem chcieć, skoro miałem już wszystko?

—  Sobieski! — krzyknął strażnik, wyrywając mnie z zamyślenia.

 — Masz szczęście. Ktoś przyniósł twoje dokumenty. Wychodzisz.

Nieco zaskoczony opuściłem celę, rozglądając się za moim wybawicielem, a raczej wybawicielką.

I wtedy ją ujrzałem — miłość mego życia.

Byłem typem człowieka, ktory nigdy nie zwracał uwagi na wygląd innych. Nie obchodziło mnie, jakiego koloru ktoś ma włosy; czy jest gruby, czy chudy; jaką ma cerę lub w co jest ubrany. Moje podejście zmieniało się o 180 stopni, gdy stawała przede mną Maja.

Mogłem gapić się na nią całymi godzinami. O każdym centymetrze kwadratowym jej ciała mogłem pisać epopeje. Jej ciało było moją biblią, którą pobożnie studiowałem każdego wieczora (i w trakcie dnia, gdy przydarzała się ku temu okazja).

Dotyk jej kruczoczarnych włosów, które spływały wzdłuż ramion jak wodospady ropy naftowej sprawiał, że czułem się bogatszy niż Exxon Mobil, Shell i BP razem wzięte. Trzy słodkie pieprzyki zdobiły jej blady policzek niczym czarne perły. Jej piwne oczy były dla mnie tym, czym głębia butelki dla alkoholika. Jej szczupła sylwetka, delikatnie zaokrąglone kształty oprawione w zwiewną, turkusową sukienkę powodowały u mnie… każdy facet wie, co powodowały…

—  Sobieski, co znowu przeskrobałeś? — zapytała rozbawiona

Majka, przytulając mnie na powitanie.

Choć siedziałem w areszcie tylko półtorej godziny, czułem się jak degenerat wychodzący na przepustkę po odsiedzeniu kilku dobrych lat. Na widok kobiety poczułem się jak pies, ktory dostrzega suczkę z cieczką. By nie dać nic po sobie poznać, przytuliłem się do Majki, odchylając biodra do tyłu.

—  Dobrze się czujesz? — zapytała, przyglądając się moim niezgrabnym staraniom.

Skoro i tak mnie przejrzała, nie miałem nic do stracenia:

—  Chodźmy stąd… — szepnąłem jej do ucha — bo za stosunek

w miejscu publicznym mogą zamknąć mnie na dłużej…

 

 



Postaw mi kawę na buycoffee.to