Fałszywy pieśniarz. Martyna Raduchowska. Uroboros 2019

Fałszywy pieśniarz - Martyna Raduchowska

Na ich widok kryminalistycy z Wydziału Opętań i Nawie­dzeń przerwali cichą rozmowę i zeszli pośpiesznie z ogro­dowej ścieżki, robiąc im przejście.

            – Mówiłem ci, że jesteś w Firmie sławna, szamanko od umarlaków – szepnął Kruchy. Nie zwolnił kroku i do nikogo nie zagadał, pozdrowił tylko znajomych techników lekki skinieniem głowy. – Niszczycielko lustrzanych piekieł i po­gromczyni Kusiciela.

        – Kpij sobie, kpij – mruknęła Ida, starannie unikając taksujących spojrzeń. – Sławna czy osławiona?

        Łowca uśmiechnął się lekko. Po krótkim zastanowieniu wzruszył ramionami.

        – W obu przypadkach jedni będą cię podziwiać, a inni nienawidzić, więc co za różnica?

        – W zasadzie żadna.

        – No i sama widzisz. Kiedyś im przejdzie, zobaczysz.

        Zboczyli ze ścieżki i zaczęli przedzierać się przez bujne zarośla. Przed nimi w plątaninie rachitycznych gałęzi maja­czyła pękata sylwetka białego namiotu.

        – Co my tu mamy, Szerszeń? – zawołał Kruchy, gdy po wyjściu z gęstwiny zatrzymali się przed taśmą w czarno­-czerwone pasy.

            Nazwany Szerszeniem technik, który jako jedyny z całej ekipy dochodzeniowo-śledczej nie zwrócił żadnej uwagi na ich przybycie, zerknął przez ramię z osobliwie nieobecną miną, jak gdyby głos łowcy wyrwał go nagle z głębokiego transu. Mężczyzna potrzebował chwili, aby na powrót nawiązać kontakt z rzeczywistością, po czym zamrugał i raptownie poderwał się z klęczek; na kola­nach nieskazitelnie białego kombinezonu ochronnego widniały ciemne plamy błota. Podstarzały, przygarbiony, z ogoloną głową i, dla równowagi, sięgającą do pasa sre­brzystą brodą przypominał stuletniego druida, lecz kie­dy ruszył im na spotkanie, w jego sprężystym i zaskaku­jąco energicznym kroku kryła się pewna młodzieńcza niecierpliwość.

        Wszelkie skojarzenia ze statecznym celtyckim kapłanem zniknęły bez śladu w chwili, w której Szerszeń i Kruchy przybili sobie na powitanie skomplikowaną serię piątek i żółwików.

        – Ida Brzezińska, szamanka od umarlaków, moja nowa partnerka – przedstawił dziewczynę łowca. – Krzysztof Szerszuła, szef sekcji techników.

        Ida uśmiechnęła się lekko, podała mężczyźnie rękę, po czym uśmiechnęła się szerzej, mocno zaciskając usta, zagryzając zęby i z całych sił starając się nie syknąć. Palce Szerszenia, twarde i silne niczym imadło, o mało nie zmiaż­dżyły jej dłoni.

        – Miło mi poznać – huknął na nią z góry, aż podskoczyła.

        – Mnie… uch… również… – Niemal westchnęła, gdy wreszcie ją puścił, po czym ukradkiem pokręciła nadgarst­kiem, żeby przywrócić krążenie w zdrętwiałym przedramieniu.

        Szerszeń nie czekał, aż łowca zacznie go ciągnąć za język, tylko od razu odstąpił na bok i uniósł taśmę, wpuszczając ich na zabezpieczony teren. Na wpół zapraszającym, na wpół niezdecydowanym gestem wskazał namiot i ziejącą pod nim dziurę w ziemi. Sam jednak jakoś się nie kwapił, żeby tam wracać.

        – Aż tak źle? – Kruchy także nie ruszył się z miejsca. – Nic nam nie powiesz?

            – Nie bardzo jest co mówić – burknął technik. Obejrzał się na rozkopany grób i wydął usta. – Żadnych widocznych obrażeń, a nie mogę przeprowadzić dogłębnej ekspertyzy, bo zwłoki są oplecione potężnymi zaklęciami ochronnymi, które zakłamują odczyty.

        – Udało się je chociaż zidentyfikować?

        – A skąd. Mamy całkowity zakaz dotykania ciała. Foto­graf zrobił zdjęcia i posłał je analitykom, ale nie znaleźli w bazie nikogo, kto przypominałby denata…

        – Zaraz, chwila. – Kruchy zmarszczył brwi. – Godzinę temu dostałem cynk, że znaleźliście same szczątki, a ty mi tu teraz o jakichś zdjęciach…

        – Spodziewaliśmy się szczątków, bo to nam sugerowały sonary, zanim zaczęliśmy ekshumację – wyjaśnił Szerszeń spokojnie, lecz w jego bladoniebieskich oczach błysnęła iskierka irytacji. Najwyraźniej nie należał do ludzi, którzy lubią niespodzianki. – Też byliśmy zdziwieni faktycznym stanem zwłok. Dopiero po odkopaniu wykryliśmy aktyw­ność magiczną, a wtedy dowództwo kazało nam natych­miast wstrzymać oględziny. Nic tu więcej nie zdziałamy bez nakazu przełamania zabezpieczeń ani bez biegłego nekromanty. Ruda ma już prokuratora na linii.

        Wszyscy troje zerknęli w kierunku czarownicy, która spacerowała nerwowo w tę i z powrotem z telefonem przy uchu. Bluzką i miedzianymi włosami zaczepiała o kolcza­ste liście ostrokrzewu.

        – Ale znając Maćkowiaka i jego zamiłowanie do papie­rologii, nie dostaniemy decyzji szybciej niż za kilka dni.

        – Pozwolisz nam się tu w międzyczasie trochę pokręcić?

        – Sam nie wiem, Kruchy…

            Szerszeń, który przez tę całą rozmowę zdawał się zupeł­nie ignorować obecność Idy, łypnął na nią teraz spod si­wych, krzaczastych brwi, mrużąc pomarszczone powieki. Skanował ją z uwagą centymetr po centymetrze, aż w końcu speszona opuściła głowę i również zlustrowała swój ubiór. Nie znalazła niczego kompromitującego, żadnej plamy czy rozpiętego suwaka w najmniej odpowiednim miejscu… Zaraz jednak przyszło jej na myśl, że w szaroburej bluzie z kapturem, powycieranych dżinsach i rozdeptanych fio­letowych trampkach nie wygląda zbyt profesjonalnie. Kruchy to co innego, z ponadsześcioletnim stażem i świe­żo otrzymanym awansem mógł sobie nosić, co mu się żywnie podobało. W przeciwieństwie do szamanki nie miał już nikomu nic do udowodnienia, a pierwsze wraże­nie, jakiekolwiek było, dawno przysłonił serią zawodo­wych sukcesów.

        – Jesteś ekranowana, młoda? – spytał szorstko technik.

        – Jestem ekranowana, młody? – Szamanka niepewnie zerknęła na łowcę.

        – Jest ekranowana, staruszku. – Łowca uśmiechnął się i klepnął technika w ramię. – Osobiście założyłem na nas zasłony. Nic nam nie grozi.

        Ostatnie zdanie wypowiedział z pełnym przekonaniem, a mimo to Ida jakoś nie potrafiła wyzbyć się wątpliwości. Zadrżała lekko, zapewne przez wiatr, który podstępnie wdzierał się pod ubranie.

        A może wcale nie przez wiatr.

        Bardziej czuła, niż wiedziała, że chodziło o coś więcej – coś znacznie gorszego. Miała wrażenie, że to czyjś lodowaty oddech mroził jej skórę na karku, że w świszczącym szumie kolejnych podmuchów pobrzmiewały strzępki gorączko­wych słów.

        Potrząsnęła głową i naciągnęła kaptur bluzy aż po same brwi. Nie pomogło. Ogród nie przestawał do niej mówić, nie przestawał się gapić.

            – Jak tam sobie chcecie. – Szerszeń zanurkował pod ta­śmą ze zwinnością, jakiej trudno było oczekiwać po kimś w jego wieku. – Życzę udanej zabawy – rzucił na odchodnym, nie oglądając się za siebie, po czym dołączył do głośnej grupki kryminalistyków, którzy mówili coś jeden przez drugiego i wymachiwali rękami.

 


Postaw mi kawę na buycoffee.to