Wyścig śmierci - Maggie  Stiefvater

Wyścig śmierci. Maggie Stiefvater. YA! 2017

Mogę myśleć tylko o jednym: czy to taki głos słyszeli moi rodzice jako ostatni? Jeśli natychmiast nie zejdę na plażę, może nie starczyć mi odwagi. Wiem o tym. Czuję to. Moje nogi przypominają wodorosty. Drżę tak mocno, że prawie skręcam kostkę, wpadając w dziurę wybitą przez końskie kopyto. Oddycham z ulgą, kiedy łaciata klacz przestaje wyć, ale gdy schodzimy, nie da się ukryć, że eich uisce nawet zapachem różnią się od prawdziwych koni. Dove pachnie delikatnie sianem, trawą i melasą. Eich uisce cuchną mięsem, solą, odpadami i rybami. Staram się oddychać przez usta i myśleć o czymś innym. Pod nogami plączą się niepilnowane przez ni kogo psy. Konie wymachują kopytami, a ludzie spluwają na ziemię, tak jakby wierzyli, że to ochroni jeźdźców. Są bardziej rozjuszeni niż teriery u rzeźnika. Cieszę się, że Finn zniknął w tłumie, bo czułabym się okropnie, gdyby mnie oglądał w stanie takiego oszołomienia. Prawda jest taka, że nie bardzo wiem, skąd wziąć konia na wyścig, nie mając gotówki. Moja wiedza na temat tych zawodów pochodzi z czasów, kiedy wszyscy chłopcy w szkole chwalili się, że gdy dorosną, wystartują w Wyścigu Skorpiona. W rzeczywistości żaden z nich tego nie zrobił, na ogół po prostu wyjeżdżali na stały ląd albo zostawali farmerami, ale ich ówczesne wielkie plany są teraz dla mnie pewnego rodzaju źródłem informacji. Szczególnie że mój dom był jednym z niewielu, w których nie interesowano się wyścigami.
Czytaj więcej
Twierdza Kimerydu - Magdalena Pioruńska

Twierdza Kimerydu. Magdalena Pioruńska. Novae Res 2017

Matka została powieszona w tamtym zielonym szalu. Zabrała go ze sobą na szubienicę. Miasto postawiło ją na głównym placu w pobliżu targowiska. Powietrze nadal pachniało tam wszystkimi przyprawami świata, skórą i odurzającymi perfumami. Wydawało mi się, że nie oddychałem, kiedy kat wprowadzał ją na podwyższenie. Tłum skandował jej imię i nienawistne hasła. Teobald stał w pobliżu, ale się nie poruszył, nie zrobił nic, żeby jej pomóc. Do ostatniego momentu byłem przekonany, że ją uratuje, że zaryzykuje wszystkim dla naszego wspólnego szczęścia. Już wtedy byłem gotowy jej wybaczyć. Tak bardzo ją kochałem, że aż stworzyłem Tulię. Pojawiła się w ten dzień na targowisku, kupowała arbuz przy jednym ze straganów w kwiecistej sukience Arabelli, z włosami swobodnie opadającymi jej na ramiona. W chwili gdy Arabella dusiła się na sznurze, Tulia obróciła się w moją stronę i pomachała mi z serdecznym uśmiechem na ustach.
Czytaj więcej
Araf - Elif Shafak

Araf. Elif Shafak. Znak 2017

Między jej okrutnie idealnym nosem a spiczastym podbródkiem nie było nic, co by je choćby przypominało. Ani górnej wargi, ani dolnej, ani nawet różowawej linii, jedynie karminowa otchłań – łakomy otwór gotów pochłonąć cokolwiek. Przywołując tę kobietę po latach, Abed mógł się najwyżej domyślać, że albo musiała ulec jakiemuś makabrycznemu wypadkowi lub zapadła na jakąś wyniszczającą chorobę, przypuszczalnie trąd. Cokolwiek to było, wyżarło, wymiotło z jej twarzy usta.
Czytaj więcej
Dziewczyna, którą kochałeś - Jojo Moyes

Dziewczyna, którą kochałeś. Jojo Myes. Znak 2017

Liv widzi swój dom na długo przedtem, zanim do niego dotrze: jego ściany z bladoniebieskiego szkła odznaczają się ponad starym składem cukru, jakby na jego dachu wylądowało coś nie z tego świata. David to lubił; lubił móc na niego pokazać, kiedy szli do domu ze znajomymi czy potencjalnymi klientami. Podobała mu się jego niespójność z ciemnobrązową cegłą okolicznych wiktoriańskich magazynów, to, jak grał ze światłem i jak odbijała się w nim płynąca w dole woda. Podobało mu się to, że ta konstrukcja stała się charakterystycznym punktem w nadrzecznym krajobrazie Londynu. Była to, jak mawiał, nieustająca reklama jego pracy.
Czytaj więcej
 Miecz i kwiaty - Marcin Mortka

Miecz i kwiaty. Marcin Mortka. Uroboros 2016

Gaston już nie słuchał. Wyminął tłumaczącego coś pospiesznie Adalberta i ruszył z powrotem uliczką, którą przybyli z Portu Syjońskiego, jak nazywali go Italczycy – uliczką, którą przedzierali się prawie od godziny. Słońce nieomal już zaszło – na wysokich dachach, sięgających pięciu, sześciu pięter kamieniczek, pełgało wciąż rdzawe światło zachodu, ale na wąziutkich, ciasnych uliczkach między nimi robiło się coraz ciemniej, tym bardziej że nad głowami przybyszów rozciągały się kamienne rozpory oraz maty chroniące przed skwarem dnia. Mimo później pory gwar nie słabł, wręcz przeciwnie, wydawał się narastać. Wrzawa wielu języków, w której Gaston z rzadka wychwytywał jakieś słowo francuskie bądź łacińskie, oszałamiała, a ludzie wokół niego, w większości odziani w strojne, bogate szaty, wydawali się obcy, mimo że rozpoznawał od czasu do czasu twarze rodaków. Z uchylonych drzwi kapliczek bił oszałamiający zapach kadzideł, znad ulicznych jadłodajni wznosił się ostry aromat przypraw, aż kręciło w nosie, nawet morze pachniało jakoś inaczej. Tak naprawdę jedynym swojskim akcentem był smród moczu z co ciemniejszych zakamarków.
Czytaj więcej