Myśl trzecia. Mam nadzieję.

Niepostrzeżenie rozwijającym się we mnie, a jednocześnie nieposkromionym. Tu – jeśli mieć nadzieję to znaczy wariować ze sobą i u siebie, to istnieje ogromne prawdopodobieństwo, że to słuszna i dobra sprawa jest, i pewnego dnia odpłaci mi się ta chwila: kiedy miłość mnie dotknie, będę potrafiła ją przyjąć. Mieć nadzieję to jeszcze wierzyć, że skoro w mojej szafie kryje się tęsknota, to w Twojej również.

Czytaj więcej

Myśl druga. Data ważności.

 Maleńkimi i trudnymi krokami budowałam to co mam. Nie udało mi się osiągnąć wiele. Właściwie, to tylko jakieś drobnostki. Dlaczego miałabym komuś to oddać? Ot tak, za piękny uśmiech i parę komplementów? Co gorsza – ponieważ wymagają tego normy społeczne, znajomi, rodzina? Bo teraz jest najlepszy czas? Jeszcze jestem ładna, jeszcze mógłby ktoś mnie chcieć. Później będzie tylko trudniej/gorzej. Nie mogę całe życie mieszkać z rodzicami i za swoją minimalną krajową zaspokajać swoje bieżące zachcianki – brzmią fundamentalne argumenty przeciw mojej spokojniej wegetacji

Czytaj więcej

Myśl pierwsza. Pewnie. Jesteśmy tak ładne, że biegają za nami tłumy wielbicieli.*

Boję się. W tym miejscu zaczynam spadać w dół z zawrotną prędkością – powtarzane niemalże codziennie „nie” to najzwyklejszy strach. Śmiesznie i kolokwialnie to wygląda, ale boję się, że ktoś mógłby zrobić mi krzywdę. Jak wtedy gdy wracam ciemną nocą do domu i wydaje mi się, że zza najbliższego drzewa ktoś wyjdzie i mnie napadnie. Jak truchleję przed kolejną wizytą u dentysty, bo wiertło w ustach to nic przyjemnego.

Czytaj więcej

Dla K

Godzina 23.47… Jeszcze dwa przystanki i wysiądzie z autobusu by udać się do pustego mieszkania. Ulice miasta tętnią nowym, nasyconym brutalnością życiem. Nieliczne jednostki świata dziennego marazmu uciekają w pośpiechu do domów… Boją się… Strach wydobywa się szara mgiełką spod mocno naciągniętego kaptura bluzy.

Czytaj więcej

Ławka

Na bezchmurnym niebie majestatycznie królowało słońce. Starało się ogrzać swoimi promieniami każdy zakątek ziemi. Najwięcej problemu zawsze przysparzały mu  parki i lasy. Tam promienie napotykały opór ze strony igliwia, liści i gałęzi.  Czasami z pomocą przychodził lekki wietrzyk, który uwielbiał ścigać się sam ze sobą pomiędzy drzewami.  Rozchylał ciasno zbite krzewy, odchylał liście. Przypominało to zabawę w berka, kiedy z jednej strony powstawała wolna przestrzeń i uradowane słońce posyłało tam promienie, wtedy w innym miejscu listowie zbijało się szczelnie osłaniając  ziemię. Do pewnego czasu te igraszki bawiły młodego Heliosa[1] lecz jak na młodzieńca przystało, szybko ulegał zniecierpliwieniu. Widząc, że nie uda mu się wygrać
z lasem, chował swoje urażone oblicze za chmurą.

Czytaj więcej